Sąd może nam naskoczyć

Załóżmy czysto hipotetycznie, że mamy konflikt z tzw. prawem. Trafiamy przed sąd. Ten ogłasza tzw. wyrok, ale wcale on nie musi nim być. Może być np. potraktowany przez nas, jako opinia o naszych działaniach. A my mamy inną opinię, bo każdy może mieć przecież własną. I kropka. Podziękujemy za opinię o pójdziemy do domu?

No dobrze. Wyobraźmy więc sobie czysto hipotetyczną sytuację, ale nie dotyczącą już nas samych. Zawsze to trudniej, nawet w wyobraźni, wcielić się w postać przestępcy. O nie, przepraszam, przecież nie możemy używać już takiego określenia. Powinniśmy właściwie mówić o obywatelu, którego działania lub zachowanie mogą zostać zaopiniowane przez sąd.

PHOTO KATARZYNA ZAREMBA SE / EAST NEWS KATOWICE SALA ROZPRAW N/Z SALA ROZPRAW NA ULICY KOSZAROWEJ , PRZY JEDNOSCE WOJSKOWEJ W KTOREJ BEDA ODBYWAC SIE SPRAWY KATARZYNY WASNIEWSKIEJ . 11/02/2013 WSZYSTKIE ZDJECIA NA HTTP://AGENCJA.SE.COM.PL

Idąc dalej, a właściwie wstecz chronologii zdarzeń. To w opinii funkcjonariusza organów ścigania mógł dany obywatel popełnić czyn zakazany tzw. prawem. Funkcjonariusze mogli sobie stanąć na boku, wymienić poglądy i wydać opinię. I obywatel może podziękować i pójść sobie. Nie?! Jak to nie, przecież w jego opinii opinia funkcjonariuszy nie musi mieć żadnej mocy sprawczej, jest tylko opinią, a nie decyzją, więc wara im od obywatela.

Wyobraźmy sobie jednak, że obywatel trafia przed sąd, który na podstawie przedstawionych przez oskarżenie dowodów, ma ocenić, czy ten popełnił czyn zakazy, czy też jest niewinny.

Wszystko przebiega bardzo sprawnie. Zeznania świadków i zebrane dowody przemawiają na niekorzyść obywatela. Skarżący wnioskują o wysoką karę, obrona jak zwykle o uniewinnienie. Członkowie składu sędziowskiego (przewodniczący i ławnicy) udają się na naradę. Wracają i ogłaszają wyrok…

Zaraz, zaraz. Kilku gości zamyka się w pokoju na zapleczu? A po co? A dlaczego? A potem wracają i mają ogłaszać jakieś postanowienia? A kto ich do tego upoważnił?

Sąd ze spokojem odczytuje wyrok. Długo to trwa, bo musiał rozważyć wszelkie za i przeciw. W końcu oznajmia, że OGŁASZA WYROK.

Podsądny dziękuje bardzo, kłania się nawet i mówi: Sąd zamkną się w jakimś pokoiku i podyskutował. Dla mnie werdykt ma charakter prywatny i w żadnym wypadku nie może mieć mocy prawnej. Dziękuję i być może do zobaczenia. Wstaje i wychodzi.

Niemożliwe? Tylko teoretycznie. W praktyce wystąpienie to może brzmieć zupełnie inaczej. Na przykład: Szanuję bardzo Sąd i szanuję jego decyzję. Ale proszę wyjaśnić mi jedną kwestię: jak to jest, że sąd, który ma decydować o sprawach najważniejszych dla naszego państwa, Polski, o zgodności ustaw i innych przepisów prawnych z Konstytucją, w opinii rządzących, czyli wybrańców obywateli, nie wydaje wyroków, ale własne, prywatne opinie członków tego sądu. A Trybunał Konstytucyjny jest takim sądem. W takim razie mogę chyba wyrok tego Sądu potraktować tak samo. I go nie uznać.

Niewielu już chyba Polaków rozumie, o co w całej awanturze wokół Trybunału Konstytucyjnego  chodzi. I kto ma racje. Podzielili się politycy, podzieliły się media. Z obu stron brakuje choć jednego słowa zdrowego rozsądku.

Najwięcej traci na tym PRAWO. Nie politycy, nie sędziowie, a obywatele, którym prawo ma SŁUŻYĆ. I nie chodzi mi wcale o hasło obrony praw obywatelskich, wyświechtane już ponad wszelkie normy. Chodzi mi wyłącznie o prawo i jego rolę w naszym życiu.

Nasuwa mi się takie porównanie z branży budowlanej. Architekt zaprojektował dom. Budowniczy próbuje mu wytłumaczyć, że niektórych rozwiązań nie da się wykonać w praktyce, gdyż zaprzeczają one prawom fizyki. Architekt próbuje jednak przekonać przyszłego właściciela domu, że to on ma rację. Budowniczy też. Ten, do którego dom ma w przyszłości być największą radością z czasem czuje się przez obie strony robiony w konia…

ROBERT SKARA