Prezydent boi się Ukrainy

Nie rozumiem naszego prezydenta. Potrafi założyć kapelusz i grzmieć przeciw antysemityzmowi w rocznicę zamordowania kilkudziesięciu Żydów. Nie potrafi jednak wygłosić równie płomiennego przemówienia w rocznicę bestialskiego zgładzenia ponad 100 tysięcy swoich rodaków.

11 lipca, symboliczną datę Rzezi Wołyńskiej, uczciło społeczeństwo, ale nie politycy, nie władze naszego kraju. Nie traktuję bowiem poważnie wystąpienia prezesa Kaczyńskiego i użycie przez niego słowa „ludobójstwo”. I to wielokrotnie. Jarosław Kaczyński jest TYLKO prezesem partii, nie sprawuje żadnych oficjalnych, państwowych funkcji, wiec z punktu widzenia protokołu jest zwykłym obywatelem. I ten zwykły obywatel mówił do dziennikarzy, że na Kresach doszło do ludobójstwa. Do dziennikarzy…

rzeźPartyjny podwładny prezesa, ale jednocześnie druga osoba w naszym państwie – marszałek Sejmu – chowa do szuflady projekt uchwały czyniącej 11 lipca dniem narodowej pamięci ofiar. Pani premier ma więcej do powiedzenia rodzinie Radia Maryja niż żyjącym potomkom wymordowanych rodzin polskich, żyjącym świadkom tych tragicznych wydarzeń. Wiceminister kultury twierdzi, że za rzeź odpowiadają Niemcy i Sowieci… A minister spraw zagranicznych mianuje ambasadorem na Ukrainie człowieka, który gloryfikuje morderców!

Godnie zachowuje się wyłącznie Senat, który wezwał do uznania Rzezi Wołyńskiej za ludobójstwo. Ale co Senat tak naprawdę ma do powiedzenia? Choć gest ten z pewnością należy docenić.

Mamy więc geściki, ale na najwyższych szczeblach władzy trwa milczenie.

Polska pompuje miliardy w gospodarkę ukraińską, na siłę przyciąga Kijów do NATO i UE, ale nikt z władz nie ma odwagi powiedzieć im wprost: – Musicie jasno i wprost określić to, co stało się na Wołyniu i potępić winnych.

Nikt nie ma odwagi, bo doskonale wiedzą, że bez poparcia ugrupowań nacjonalistycznych, spadkobierców siepaczy Bandery (bohatera narodowego Ukrainy), nie byłoby Majdanu i nie byłoby mowy o wyciągnięciu Kijowa spod sfery wpływów Moskwy.

Dochodzi więc do kuriozalnych sytuacji, kiedy prezydent Komorowski występuje w ukraińskim parlamencie mówiąc o przyjaźni i współpracy, a po jego wyjściu, ci którzy go przed chwilą słuchali, przyjmują uchwałę gloryfikującą morderców Polaków.

Nie brakuje naszym włodarzom konsekwencji przy próbach udowodnienia, że katastrofa smoleńska nie była katastrofą. Nie brakuje im również konsekwencji przy nazywaniu ludobójstwem mordu w Katyniu, co wcale nie poprawia stosunków z Moskwą.

I może strach przed pogorszeniem relacji z Kijowem powoduje, że żaden oficjalny przedstawiciel władz naszego kraju nie ma odwagi na wyjście przed szereg. A na Ukrainie im w to graj.

I po co tyle gadania o suwerenności? Skoro nasi politycy choćby w myśleniu nie mogą być samodzielni…

STASZEK ZNOWA