Szczytowa powtórka z historii

Dziadek opowiadał mi o euforii polskich polityków i propagandystów, którzy po wejściu w życie Układu Warszawskiego, pieli z zachwytu nad doktryną obronną skierowaną przeciwko imperialistycznemu zagrożeniu z Zachodu.

Tata opowiadał mi, jak to pod koniec lat 70. na zajęciach w tzw. Studium Wojskowym (jeden dzień w tygodniu przez cały rok akademicki), dowiedział się o planach wojny Układu Warszawskiego z NATO, głównych kierunkach natarcia na Zachód. Po latach okazało się, że to m.in. te „tajemnice” wykradł Kukliński i przekazał do Waszyngtonu.

W sobotę dowiedziałem się, że NATO rozmieści kilka tysięcy żołnierzy na terenie Polski oraz trzech innych krajów, aby w ten sposób przeciwstawiać się rosyjskim zapędom imperialistycznym i chronić wschodnie granice sojuszu – tak w dużym skrócie.

szczytowaZnowu mamy imperializm, przed którym jakoby musimy się bronić. Znowu będziemy mieć na ziemi polskiej obce wojska. I znowu każą nam się z tego cieszyć. Znowu słyszymy słowa o gwarancjach bezpieczeństwa, znowu pojawiają się słowa o przyjaźni…

W polityce nie ma przyjaźni, w polityce jest wyłącznie interes.

Za „przyjaźń” w ramach Układu Warszawskiego przyszło nam płacić głównie finansowo. Polscy żołnierze w ramach UW nie wyjeżdżali na „misje pokojowe”. Co najwyżej ginęli podczas ćwiczeń, ale o tym wiedziała garstka wtajemniczonych. Jak np. o zamarzniętych żołnierzach kompanii wartowniczej, których zapomniano zwieźć z zimowego poligonu do koszar.

Za „przyjaźń” w ramach NATO zapłaciłoby już setki, tysiące żołnierzy. Życiem i zdrowiem. Bo żołnierz ma słuchać swoich dowódców. Choćby byli największymi dyletantami w kwestiach wojskowości, choćby nigdy nie nosili munduru, a w książeczkach wojskowych mają co najwyżej wpis: „Przeniesiony do rezerwy”.

Tacy wojskowi dyletanci są i w Waszyngtonie, i w Warszawie. Ale dyletant nie jest równy dyletantowi. Kiedy tamci od miesięcy twierdzili, że wzmocnienie militarne tzw. wschodniej flanki Sojuszu (już samo pojęcie „flanki” powinno być dla nas obraźliwe) nie jest wymierzone w Rosję i mają charakter defensywny, to ci w Warszawie mówili wprost, że to konieczność w przypadku ataku Rosji na Zachód, że jest to przeciwdziałanie ewentualnym krokom Moskwy jak np. w przypadku Krymu i Wschodniej Ukrainy.

Putin doskonale zna te retoryki. I Waszyngtonu, i Warszawy. Nie raz sam je stosował. Tylko że teraz ma problem, ponieważ nigdy wojska politycznego rywala, przeciwnika w walce o światową dominację. nigdy nie stały tak blisko jego granic. Miał to nawet zagwarantowane układami. A teraz ma doskonały pretekst, aby samemu ich nie dotrzymywać.

Zwłaszcza, że tych parę tysięcy żołnierzy na tzw. wschodniej flance, to w przypadku konfliktu zbrojnego zaledwie kropla w porównaniu z rosyjską nawałnicą…

Bredzenie o zagrożeniu rosyjskim wobec Polski pozostaje bredzeniem. Nie można w żaden sposób porównywać naszej sytuacji z Gruzją, Czeczenią, czy Ukrainą. Nawet z Estonią Litwą i Łotwą. Zdecydowana większość Rosjan traktuje te państwa jako swoje własne, im przynależne. Utracone, ale może tylko na chwilę. Polska nigdy w pełni rosyjska (a tym bardziej radziecka) nie była.

I nigdy nie będzie, ale nie dzięki współpracy z NATO. Nie dzięki obecności wojsk NATO na naszej ziemi…

DARIUSZ DUTKA