Gimnazja nie są problemem

Pani Anna Zalewska, minister edukacji narodowej, podczas grubo ponad godzinnej prezentacji Uczeń, Rodzic, Nauczyciel – dobra zmiana najczęściej trzymała złączone dłonie. Pobożne życzenie, aby się udało? Gdybym umiał, też bym się modlił. Przede wszystkim za dzieci, które ponownie będą przedmiotem edukacyjnego eksperymentu.

Nie gimnazja są największym problemem kształcenia dzieci i młodzieży. Nie zmiana systemu z 6-3-3 na 8-4. Lat nauki pozostanie przecież tyle samo. Teoretycznie więc nic nie powinno się zmienić. Problem tylko w tym, że automatycznie nie da się tego zrobić.

Chwalebne jest, że ministerstwo myśli o podniesieniu poziomu nauczania. Ale o tym nie decyduje struktura systemu. O tym decydują programy nauczania. Te natomiast przy istniejących tzw. podstawach programowych narzucają odgórnie zakres i prędkość zdobywanej przez dzieci i młodzież wiedzy.

gimnazjaPodstawy zabijają indywidualności. Nauczyciele (w swojej masie, bo zdają się wyjątki) nie mają czasu ani możliwości na indywidualne podejście do uczniów. Nie ma systemu selekcji jednostek wybitnych, które siłą rzeczy „obniżają loty”, gdyż są wtłoczone w powszechny system.

Szkolnictwo finansowane jest przez gminy. W dużym skrócie wygląda to tak, że to gminy decydują o zatrudnianiu nauczycieli, zależnie od ilości uczniów w danej szkole. To prawda, że liczba uczniów się nie zmieni i teoretycznie liczba nauczycieli powinna pozostać taka sama. Tylko teoretycznie. Która jednak gmina zdecyduje się na zatrudnienie dodatkowych nauczycieli przedmiotów w klasach VII-VIII w szkołach podstawowych i w klasach I liceów? Przecież logicznym jest, że ich obowiązki przejmą nauczyciele już w tych szkołach pracujący.

Nauczyciele pracują w systemie tygodniowego pensum – najczęściej jest to 18 godzin. I byłoby fajnie, gdyby nie ogrom pracy administracyjnej, sprawozdawczej, wynikający z wychowawstwa, przygotowywania się do zajęć, czy sprawdzania prac uczniów. Traci na tych poszczególnych elementach poziom nauczania. Narzuconym zresztą odgórnie.

W przypadku nauczycieli doszło jednak do znacznie gorszego zjawiska: prawie całkowitego upadku ich autorytetu. I w tym przypadku najczęściej winni są… sami rodzice. Nauczyciel stał się w oczach wielu z nich zwykłym usługodawcą, dość szczególnym, ale jednak usługodawcą. Ma uczyć i ma osiągać w nauce wyniki. A dla znacznej większości rodziców nie jest ważny poziom wiedzy, ale oceny. Ma dziecko pozytywne wyniki, jest w porządku, ale za te gorsze odpowiada oczywiście nauczyciel. Efekt takiego podejścia łatwo przewidzieć. I nie jest to wina gimnazjów.

Paradoksalnie najwięcej na likwidacji gimnazjów mogą stracić ci, którzy od września przyszłego roku mieli do nich pójść. Co będzie z programami nauczania w klasach VII i VIII? Czy będzie to przejściowo powielanie programów do tej pory gimnazjalnych? Np. w przypadku historii. Czy po dość ogólnym przygotowaniu w klasach IV-VI uczniowie przejdą do omawiania tzw. historii powszechnej? I jak będzie wyglądała kontynuacja tego przedmiotu w liceum? Najpierw „po łebkach”, a potem szczegółowo? Piszę akurat o historii, bo podobno przedmiot ten zostanie objęty szczególną troską ministerstwa. Przy okazji ciekaw jestem, czy w końcu ktoś zdecyduje się na podzielenie historii na powszechną i Polski.

Uczniowie kończący obecnie gimnazja nie wiedzą, co jest podmiot i orzeczenie w zdaniu. Nie potrafią odróżnić pojęć gramatycznych języka ojczystego w rodzaju części mowy i części zdania (wiem to z doświadczenia w nauczaniu języków obcych). Mają problemy z budową prostego, logicznego, zrozumiałego zdania. I nie dlatego, że trzy lata spędziły w gimnazjum, ale dlatego, że w programie poświęcono tym zagadnieniom o wiele mniej miejsca niż np. lekturze Biblii.

Nauczyciele akademiccy narzekają na coraz niższy poziom wyedukowania maturzystów rozpoczynających studia. Zwłaszcza ci ze szkół technicznych. Zamiast uczyć, muszą poświęcać czas na wyrównania programowe. Jeśli oczywiście zależy im na studentach. Najprościej jednak się nimi nie przejmować. Z drugiej strony, co ma zrobić absolwent technikum, który na 3 roku studiów inżynierskich ma przerabiać jeszcze raz to, czego już go w szkole średniej uczono i doskonale materiał pamięta.

Dla jasności – nie jestem przeciwnikiem likwidacji gimnazjów. Przeciwny byłem ich powstaniu. Ich powołanie zupełnie zdewastowało szkolnictwo zawodowe. I pojawia się światełko w tunelu, bo MEN pochylił się z troską nad odbudową, a właściwie budową od nowa, całego jego systemu. Program będzie bardzo kosztowny i nie udźwigną go samorządy (zaplecze techniczne, wyposażenie, kadra nauczycielska). Ale o tym, jak zwykle u nas, będzie się myślało na końcu.

Inną kwestią jest, że po latach system gimnazjów jednak zadziałał. Nauczyciele się przystosowali, zobaczyli różnicę miedzy szkołą podstawową, a ich zadaniami, rozwijali się. Teraz przyjdzie im cofnąć się do podstawówki. Dla wielu będzie to mentalna degradacja.

Budowa systemu ośmioletniej szkoły powszechnej powinna rozpocząć się od dokładnego przygotowania programów nauczania w nich samych oraz na następnych etapach. Oraz powstania odpowiednich do nich podręczników. Okresy przejściowe są najtrudniejsze. I ma rację pani minister, że nic się nie zmieni. Przynajmniej na początku. Gorzej tylko, że za tę zmianę zapłaci kilka roczników uczniów.

Stąd nie dziwię się już tym rękom złożonym jak do modlitwy…

KRZYSZTOF DOBROŃSKI

PS. W kilkumiesięcznych (?) debatach nad zmianami systemu edukacyjnego wzięło udział ponad 12 tys. osób (?!)