BIDEN – TRUMP, czyli 306 do 232

Joe BIDEN, kandydat Partii Demokratycznej w wyborach prezydenckich w USA zdobył 306 głosów elektorskich, co oznacza, że zdobył ich o 36 więcej od koniecznego do zwycięstwa minimum 270. Oznacza to też, że to on w 20 stycznia 2021 złoży na schodach Kapitolu przysięgę jako 46. prezydent Stanów Zjednoczonych.

Ale w ciągu ponad dwóch miesięcy, dzielących Amerykanów od tego dnia, wiele się może zdarzyć… Wiele, bo jego republikański kontrkandydat, urzędujący prezydent Donald TRUMP, kilkukrotnie w ciągu następnych tygodni powtarzał, że wybory zostały sfałszowane, co – jego zdaniem – umożliwiało przeprowadzenie ich drogą korespondencyjną. A przecież ta jest znana i stosowana w USA od 150 lat. I nigdy dotąd nie był to jakikolwiek problem. Mało tego, w 1/10 stanów, czyli w pięciu z nich (m.in. w Kolorado) głosowanie od dziesiątków lat odbywa się wyłącznie drogą korespondencyjną czy to za pośrednictwem poczty, czy firm kurierskich. A w wyborach 2016 roku, które wygrał Trump, korespondencyjnie oddano co… CZWARTY głos!

Wybory, które odbyły się 3 listopada (tradycyjnie w pierwszy wtorek po pierwszym poniedziałku tego miesiąca) były niezwykłe z kilku powodów.

Po pierwsze – odbywały się w warunkach, które niejako wykreowała COVIDowa pandemia.

Po drugie – niebywała, rekordowa frekwencja wyborcza. W wyborach wzięło udział ponad 150 mln wyborców, co oznacza blisko 70 proc. frekwencję.

Po trzecie – na końcowe (ale nie ostateczne, bo to będzie znane po rozstrzygnięciu protestów wyborczych  sądowych złożonych w sądach stanowych przez sztab Trumpa) wyniki Amerykanie czekali ponad tydzień, do dnia, w którym okazało się, że 20 głosów elektorskich w Pensylwanii zdobył Joe Biden, co przesądziło o jego zwycięstwie.

Po czwarte – nigdy dotąd przegrany nie podważał z taką zawziętością zwycięstwa konkurenta i nie pogratulował mu tegoż, nawet po osiągnięciu przez niego minimum liczby głosów elektorskich, wystarczającej do zdobycia prezydentury. .

Po piąte – niespotykana obstrukcja Trumpowej administracji w stosunku do ekipy prezydenta-elekta, czyli złamanie nie tyle przepisów tego dotyczących, co zwyczajowej praktyki systematycznego wprowadzania następców w organa i sprawy.

Po szóste – po raz pierwsze w historii amerykańskich wyborów ich zwycięzcy będzie jako wiceprezydent USA towarzyszyła kobieta i to przedstawicielka rasy kolorowej , pani Kammela Harris.

Po siódme – o ile po wyborczym zwycięstwie Donalda Trumpa przed  czterema laty NIE bardzo było wiadomo CO się wydarzy we czasie jego prezydentury, tak dzisiaj oczekiwania są niemal oczywiste, co jest rozumiane jako powrót do normalności, czyli spokoju, kultury, przestrzegania procedur, a nade wszystko skierowania amerykańskiej polityki na tory, z których przez ostatnie cztery lata Waszyngtoński pociąg był usilnie wykolejany.

Ponieważ przy okazji tych wyborów, jak nigdy dotąd, akcentowano z taką częstotliwością specyfiki amerykańskiego systemu wyborczego, to może przypomnijmy na czym polega system elektorski i kim są ci elektorzy…

Elektorzy, których jest 538, stanowią tzw. kolegium elektorów. Wybierani są na cztery lata spośród lokalnych aktywistów danej partii tylko po to, aby wybrać prezydenta.

Bo jedną z ciekawostek amerykańskiego systemu wyborczego jest to, że wyborcy nie głosują bezpośrednio na swego kandydata, ale na elektorów, których każdy z kandydatów ma własny zestaw w każdym stanie, w którym uczestniczy w wyborach. Elektorzy są zobowiązani do oddania swoich głosów na kandydata, w którego imieniu występują.

W każdym stanie wybiera się tylu elektorów, ilu dany stan ma przedstawicieli w Kongresie. Ich liczbę powiększa trzech elektorów Dystryktu Kolumbii (okręg stołeczny), wybieranych na mocy XXIII poprawki do konstytucji, która weszła w życie w 1964 roku. Daje to wspomnianą już liczbę 538 elektorów, a to tłumaczy liczbę 270, tak często powtarzaną w wyborczych relacjach, czyli minimum elektorskich głosów koniecznych do zdobycia prezydentury.

Wyjaśnijmy jeszcze jedną ciekawostkę… Otóż. w stanie Maine wybór elektorów przebiega nieco inaczej niż w pozostałych stanach. Tam dwa mandaty elektorskie z czterech, które przypadają temu stanowi, są dzielone między kandydatów, którzy zwyciężyli w dwóch tamtejszych okręgach wyborczych, a pozostałe dwa przypadają kandydatowi, który zdobył najwięcej głosów w całym stanie Maine. Dlatego baczni obserwatorzy wyborczych relacji mogli zobaczyć, że w Maine 3 głosy przypadły Bidenowi, a 1 Trumpowi, który widocznie w jednym z okręgów zdobył więcej głosów od Bidena.

Elektorzy zbierają się „w pierwszy poniedziałek po drugim wtorku grudnia” (w tym roku będzie to 14 grudnia) w stolicach swych stanów, aby sporządzić protokoły wyborcze, które trafiają na ręce przewodniczącego Senatu. Ten, zawsze 6 stycznia o godzinie trzynastej, ogłasza wyniki elektorskie na pierwszym posiedzeniu nowo wybranych połączonych izb Kongresu Stanów Zjednoczonych.

Ostatnim etapem jest zaprzysiężenie prezydenta-elekta, co też zawsze odbywa się 20 stycznia następnego roku po wyborach. Zaprzysiężenie, które odbywa się w samo południe oznacza przejęcie władzy.

Tak więc po 12 w południe 20 stycznia 2021 roku Joe Biden zostanie 46 prezydentem USA.

U nas natomiast coraz częściej pojawia się pytanie czy to lepiej, czy gorzej dla Najjaśniejszej, że Biden zastąpi Trumpa? Moim zdaniem dla Polski nie ma kompletnie najmniejszego znaczenia kto akurat zasiada w Białym Domu, czy jest to demokrata, czy republikanin.

Dlaczego? Ano dlatego, że Warszawa dla Waszyngtonu znaczy tyle, co np. Bogota dla Warszawy. Nad Wisłą ciągle nasi tzw. politycy nie mogą zrozumieć tego, o czym przed 100 laty z okładem pisał Roman Dmowski. Nie mogą, mianowicie, zrozumieć tego, że państwa NIE mają przyjaciół; państwa MAJĄ interesy!

A interesem Waszyngtonu zawsze będzie – i to bez względu na to, której partii przedstawiciel będzie kierował tamtejszą administracją – lokowanie produktów amerykańskiego biznesu wszędzie tam, gdzie uzyska on korzystne dla siebie warunki! A nade wszystko, czy dane państwo będzie sprzyjało amerykańskim poczynaniom na arenie międzynarodowej. Oczywiście dotyczy to tych państw, które na tejże arenie nie należą – jak zawodnicy w swych drużynach – do wyjściowego składu. Z tymi, bowiem, Waszyngton zwykle liczy się bez względu na to, kto akurat zasiada w Gabinecie Owalnym Białego Domu.

Warszawa od blisko 30 lat jest wpatrzona w Waszyngton jak kruk w malowane wrota, robiąc wiele głupstw wbrew swoim oczywistym interesom, ale za to w interesie Waszyngtonu.

I najwyższy czas, aby Warszawa zdała sobie wreszcie z tego sprawę!!! (MJZ)