Zamaskowana Hiszpania czyli podróże z Covidem (2)

Jesteśmy z Żoną pasjonatami szwendania się po obcych krajach. Oczywiście rozumiemy potrzeby naszej dzieciarni i dajemy im się wyszaleć w basenie, a po południu bez litości pakujemy ich do samochodu i wyruszamy na zwiedzanie. Tym razem nie robimy wyjątku, choć stawiamy sobie pewne ograniczenia – żadnych tłumów.

Okazuje się, że nietrudno spełnić to kryterium, bo Hiszpania, w roku 2019 odwiedzona przez prawie 84 miliony, teraz wydaje się wręcz zapomniana. Monumentalne jaskinie Canelobre zwiedzamy co prawda w niewielkiej grupce, ale wszyscy noszą maseczki i skrupulatnie przestrzegają dystansu społecznego. Następnego dnia podjeżdżamy pod przepiękny, prażony słońcem zamek Atalaya, do którego wprowadza nas młody kustosz i… zamyka za nami drzwi.

– W środku jest moja koleżanka z paroma turystami – tłumaczy w znośnej angielszczyźnie. – Jeśli wyjdziecie po niej, zatrzaśnijcie drzwi i tyle.

Ludzi widzimy dopiero w przepięknej górskiej miejscowości Guadalest, nad którą wznoszą się ruiny zamku. Tłumem bym jednakże tego nie nazwał – bez trudu można wejść do sklepu, znaleźć stolik w restauracji czy miejsce do zrobienia zdjęcia. Co ciekawe, na uliczkach słyszy się głównie hiszpański, od czasu do czasu przeplatany francuskim.

Uso obligatorio de mascarilla

Biznes is small. Forty percent last year – macha rękami wesoły sprzedawca, u którego kupujemy wino i opowiada nam o życiu w Guadalest po hiszpańsku, do którego wrzuca nieliczne znane mu słowa po angielsku. Dowiadujemy się na przykład, że w ubiegłym roku codziennie na parkingu zatrzymywało się kilkanaście autokarów pełnych Anglików.

Today no English people. No Russian people – opowiada. – You take this? Very good! Very!

Cóż, dla miejscowych to paskudne czasy i zrozumienie dla sytuacji nakazuje nam kupić więcej wina niż podpowiada rozsądek, tym bardziej, że rzeczywiście jest very good. Za tłumami jednakże, co chyba jest zrozumiałe dla każdego podróżnika, nie tęsknimy wcale.

Z tych właśnie względów rezygnujemy z wycieczki do wodospadów Los Fuentes del Algar, gdyż co druga opinia Internautów wspomina o panującym tam ścisku, oraz z wycieczki łodzią na Isla de Tabarca, gdyż na zamkniętej przestrzeni trudno o dystans. Może i szkoda, ale obiecaliśmy sobie nie kusić losu, a czytanie książki na leżaku pod bujną bugenwillą to również nie lada atrakcja.

Na miejscu jednak nie udaje się długo wysiedzieć i ostatniego dnia wybieramy się do przepięknego zamku Santa Barbara, górującego nad samym Alicante, a potem wybieramy się na słynną plażę Carabassi. To dwa pierwsze miejsce, w których natrafiamy na większe tłumy ludzi, w zdecydowanej większości Hiszpanów, a obserwacje, jakich tam dokonujemy, to doskonały dowód na dyscyplinę, jaką wypracował ten naród po pierwszej, jakże bolesnej fali epidemii. Choć żar leje się z nieba, w zamku nikt nie zdejmuje maseczki. Na plaży, gdzie obowiązku noszenia ich nie ma, ludzie utrzymują bezpieczny dystans, a zakładają je natychmiast po opuszczeniu plaży, choć od parkingu dzieli ich kilkaset metrów po drewnianym, niemiłosiernie nagrzanym pomoście.

I to chyba zaskoczyło mnie w Hiszpanii najbardziej. Trudno powiedzieć, czy decyduje o tym rozsądek, wciąż świeże wspomnienia lockdownu czy może perspektywa wysokich mandatów, ale dezynfekcja dłoni, noszenie maseczek i zachowanie dystansu stały się dla Hiszpanów elementem codziennej rutyny. Osoby zsuwające maseczki z nosa, co stanowi w Polsce normę, tam należały do wielkiej rzadkości. Na własne oczy widziałem dwie młode matki, ewidentnie przyjaciółki, które witały się na ulicy przybiciem piątki łokciami, gdzie indziej zauważyłem pięciu chłopców, która dwunastoletnich, którzy weszli do miejscowej burgerowni i zdejmowali maski tylko po to, by jeść.

Zakupy na targu odzieżowym…

Nic więc dziwnego, że stres, z którym opuszczaliśmy kraj, wyparował gdzieś po drodze. Nie czytaliśmy już apokaliptycznych artykułów na polskich portalach informacyjnych, bo nie było powodów, by się straszyć – rzeczywistość zastana na miejscu żadnych znamion apokalipsy nie nosiła, a maseczki, dystans oraz dezynfekcja dłoni skutecznie minimalizowały wszelakie zagrożenie. I, o dziwo, jakoś w wypoczynku nie przeszkadzały.

Na lotnisku w Alicante, gdzie pandemiczna dyscyplina spotyka się ze śródziemnomorskim chaosem, wychwyciłem fragment rozmowy po polsku:

– Człowieku! – wołał młody mężczyzna do telefonu. – Byś to widział! Tutaj nawet wózki sklepowe się dezynfekuje!

Samolot okazuje się znów w połowie pusty. W sumie dobrze, bo brakuje rąk do oklaskania udanego lądowania (uff…).

Wracamy do domu zmęczeni, ale szczęśliwi. Czyli wszystko w normie.

Hasta luego

Na stronie MSZ nadal brak informacji o obowiązku kwarantanny, choć Teściowej to nie uspokaja. – Powinniście zostać w domu – pouczyła nas kategorycznym tonem. – No wiecie. Tak trzeba, jak się wraca z zagranicy.

Aha. A po powrocie z Mielna czy Międzyzdrojów to już nie?

Przyszło nam żyć w trudnych czasach i rzetelna wiedza, zdrowy rozsądek i odporność na panikę liczą się bardziej niż kiedykolwiek wcześniej. Wyprawa, która zdaniem wielu była skokiem w czeluść piekielną, okazała się ciekawym i pouczającym doświadczeniem. Rozumiem ludzi, którzy wolą nie kusić losu i zostać w domu  – wszak o mały włos też byśmy zrezygnowali z wyjazdu – ale prawda jest taka, że nie wszędzie jest niebezpieczne. Co więcej, właśnie teraz zyskujemy okazję, by oglądać świat bez tłumów, a miejscowy hotelarz, restaurator czy sprzedawca, któremu być może grozi plajta, z pewnością naszą odwagę doceni.

Co ciekawe, po powrocie do kraju zauważyłem, że maseczkę na twarz zakładam odruchowo, a potem zapominam, że ją mam. Wcześniej zdarzało mi się o niej zapomnieć. Cóż, podróże nie tylko kształcą, ale i kształtują.

MARCIN MORTKA

P.S.

Lubię was, Hiszpanie. Uwielbiam wasze zabytki i ogrody, wasze fantastyczne drogi i świetną kuchnię, kocham wasz język i nawet nie przeszkadza mi to, że w ząb nie znacie angielskiego. Trzymam za was kciuki i wierzę, że dacie sobie radę z kolejną fazą pandemii. Ba, dacie sobie radę ze wszystkim.

Tylko, do ciężkiej cholery, nauczcie się sprzątać pobocza dróg…

(Marcin Mortka pisarz i tłumacz literatury anglojęzycznej,

autor m.in. książek dla dzieci, twórca postaci wikinga Tappiego)