Zamaskowana Hiszpania czyli podróże z Covidem (1)

Na wieść o tym, że zaplanowaliśmy wakacyjną wyprawę do Hiszpanii, Teściowa chwyciła się za głowę. – Oj, nie wiem, nie wiem – oznajmiła złowróżbnym tonem. – Czy wy telewizji nie oglądacie? Nie wiecie, że wprowadzono kwarantannę?

Owszem, wprowadzono. W Wielkiej Brytanii dla obywateli brytyjskich, wracających do kraju z wakacji w Hiszpanii. Podróże odradzały ponadto rządy Norwegii oraz Francji, przy czym ten ostatni kwarantanną nie groził, a jedynie sugerował przemyślenie sensu wyjazdu do Katalonii. Tam bowiem w istocie ilość przypadków covid-19 niespodziewanie zaczęła rosnąć i 22 lipca osiągnęła 1597 przypadków. Na stronie polskiego MSZ również podobne ostrzeżenia widniały – rzeczowe i konkretne, ale żadną kwarantanną nie grożące.

My zaś się do Katalonii nie wybieraliśmy. Naszym celem był leżący kilkaset kilometrów dalej rejon Alicante, gdzie ilość zakażeń pozostawała w miarę w normie – ilość nowych przypadków na 22 lipca to 38. W rzeczy samej, premier hiszpański Pedro Sanchez, próbując przekonać rząd brytyjski do cofnięcia radykalnej decyzji wprowadzenia kwarantanny, twierdził, że turysta jest bezpieczniejszy na plażach w Murcji niż w Wielkiej Brytanii.

Los desperados

Argument niewątpliwie podziałał uspokajająco, podobnie jak same liczby, ale nagłówki w prasie oraz w Internecie już nie. „Krytyczna sytuacja w hiszpańskim mieście” pisze Onet. „Druga fala pandemii jest już w całej Hiszpanii” ostrzega Polityka, a Dorzeczy grzmi: „Barcelona  najbardziej zainfekowana w całej Hiszpanii”. Same artykuły miały już spokojniejszą treść – podawały głównie te same liczby co inne źródła oraz cytowały wypowiedzi rezydentów, którzy potwierdzali, że ruch turystyczny w Hiszpanii zamiera albo całkiem zamarł, ale trudno się było oprzeć wrażeniu, że  przyglądam się instrumentowi budowania paniki.

Alternatywą zawsze są wakacje w kraju, ale relacje kilkoro znajomych, którzy w lipcu wypoczywali zarówno na polskim wybrzeżu jak i w górach, optymizmem jednakże nie napawały. Wszyscy zgodnie twierdzili, że zasady bezpieczeństwa są mocno iluzoryczne – na ulicach miejscowości wypoczynkowych masek się nie nosi, a o dystansie społecznym można zapomnieć.

Zdjęcia kolejek przed wejściem do Karkonoskiego Parku Narodowego i upstrzonej parawanami plaży we Władysławowie oraz  artykuły o trudnościach w zaparkowaniu wokół Zakopanego czy o drożyźnie w nadmorskich smażalniach prowadziły do prostego wniosku – spędzając wakacje w kraju może i będziemy statystycznie bezpieczniejsi niż za granicą, ale na pewno wydamy więcej niż rok temu, a o spokoju czy ciszy możemy zapomnieć.

Statystycznie bezpieczniejsi? – roześmiał się znajomy lekarz, którego zapytałem o radę. – A skąd ty to wiesz? Sprawdź sobie, ile u nas wykonuje się testów, a ile tam.

Sprawdziłem. W Hiszpanii wykonano ponad 116 tys. testów na milion mieszkańców, a w Polsce prawie 50 tys. na milion mieszkańców, co nie napawa optymizmem, nawet jeśli weźmiemy pod uwagę, że Hiszpanów jest 9 milionów więcej.  Dowiedziałem się też przy tym, że w Hiszpanii mandat za nie noszenie maseczki na ulicach to 100 euro. Nie w sklepach czy urzędach, ale na ulicach.

– Najtrudniejsze momenty to, wiadomo, lotnisko i podróż samolotem – dodał ten sam lekarz. – Ale ryzyko, wierz mi, można bez trudu zminimalizować. Tyle o tym trąbią, ale to prawda – wystarczy nosić maseczkę, zachować dystans i często odkażać dłonie. A poza tym nie lecicie do hotelu, prawda?

Prawda. Moja Żona, która rezerwowała wakacje jeszcze w styczniu, wykazała się iście proroczym darem i zarezerwowała niewielką finkę – hiszpański dom z ogrodem – z dala od miejskiego ruchu.

The situation is rather under control – opowiada przez telefon Martina, nasza gospodyni. – Dużo zakażeń jest wśród młodych ludzi, którzy bawią w dyskotekach. Wiecie, jest lato, chcą poszaleć i zapominają o bożym świecie.

Dobra. Nie ma takiej siły, która zawlekłaby mnie do dyskoteki, a zatłoczonych miejsc unikaliśmy na długo zanim świat usłyszał o pandemii. Decyzję o wyjeździe postanawiamy jednak skonsultować z dzieciakami. Co nieco z antyhiszpańskiej propagandy dotarło bowiem i do nich i wypada, byśmy z Żoną przedstawili im sytuację najbardziej obiektywnie jak umiemy.

– Jeśli któreś z Was powie wyraźnie, że mimo wszystko nie chce jechać, zostajemy – oświadczam podczas śniadania na trzy dni przed wyjazdem.

Sprzeciwów nie ma. Jedziemy.

Szeregowiec Ryan

Mimo to wątpliwości trudno się pozbyć, tym bardziej, że w wejściu na lotnisko wita nas pracownik obsługi z elektronicznym termometrem. Mam w kieszeni własny termometr, by sprawdzać temperaturę dzieci – wystarczy kilkanaście minut w nagrzanym wnętrzu, by ta wyszła poza bezpieczne 36,6 – ale na szczęście okazuje się zbędny. Co ciekawe, na lotnisko można wejść tylko po okazaniu boardingów, czym sprytnie ograniczono tłumy odprowadzających.

W drodze do stanowiska odprawy próbuję sobie wyobrazić atmosferę panującą w kolejce do odprawy. Niemalże słyszę nerwowe chichoty i nadmierne głośne rozmowy ludzi, próbujących samemu dodać sobie odwagi i niemalże widzę potępienie w oczach pracowników obsługi naziemnej, ale na miejscu przeżywam wstrząs, jakiego się nie spodziewałem. W kolejce nie ma nikogo.

Dosłownie nikogo.

Poznańska Ławica to małe, ciasne lotnisko i zawsze marzyłem o tym, by choć raz nie musieć czekać w tłumie, by wejść do samolotu, ale tym razem mało brakowało, a westchnąłbym z ulgą na widok ludzi czekających przed bramką.

Jednak ktoś leci do tego cholernego Alicante – przeleciało mi przez głowę. – Nie jesteśmy jedynymi stukniętymi. Znaczy się, jedynymi odważnymi – poprawiam się po chwili. – Nie, też nie tak. Nie jesteśmy jedynymi, który oparli się zbiorowej panice i powabowi bonu turystycznego.

Podróżnych, jak się okazuje chwilę później, wystarcza, by wypełnić Boeinga w połowie. Nie ma nerwowych chichotów ani dodawania sobie odwagi, być może przez to, że przez cały lot nie wolno ściągać maseczek. Nowością jest to, że chcąc udać się do toalety, należy najpierw zasygnalizować to załodze. Ograniczenie wydaje się sensowne, bo utrudnia poruszanie się po samolocie i jeszcze bardziej zmniejsza ryzyko zakażenia, ale w połowie pustym samolocie okazuje się mało przydatne. O wiele praktyczniejszy byłby komunikat po wylądowaniu, nakazujący pasażerom pozostanie na miejscach. Przed-covidowy instynkt, nakazujący turyście poderwać się i stłoczyć w przejściu do czasu otwarcia drzwi, przetrwał pandemię w świetnej formie.

Wyobraźnia podpowiada mi, że po wyjściu z samolotu ujrzymy ludzi w kombinezonach hamzat, a na ulicy czołgi i zapory z drutu kolczastego. Nic z tych rzeczy – uprzejma Hiszpanka skanuje dokumenty poświadczające dobry stan zdrowia, które wypełniliśmy przed wylotem. Nie zostaliśmy nawet poddani wyrywkowemu badaniu temperatury, co miało stanowić element procedury wjazdowej.

Gnamy więc po odbiór bagażu, gdzie okazuje się, że odruch tłoczenia się przy taśmie jest równie trudny do zwalczenia jak ten, który nakazuje się podnieść po wylądowaniu. Skoro tak łatwo zapomnieć o obowiązku zachowania dystansu, dyrekcje lotnisk całego świata stanowczo powinny zainwestować w filmy instruktażowe, informujące zatrwożonych turystów, że ich walizki nie zostaną pożarte po przebyciu 10 metrów na pasie transmisyjnym.

Lądujemy późnym wieczorem i zarówno na lotnisku jak i w podziemnych parkingach, gdzie szukamy wypożyczanego samochodu, panują gorąco i duchota, ale mimo to nie widzimy nikogo – dosłownie nikogo – bez maski. Co krok witają nas punkty dezynfekcji rąk, na podłodze ciągną się pasy wyznaczające dystans, komunikaty po hiszpańsku i angielsku przypominają o zasadach higieny. Na każdym kroku widać uspokajającą dyscyplinę, a świat poza lotniskiem okazuje się zaskakująco normalny. Samochody śmigają w obu kierunkach, tafla morza różowieje od zachodu słońca.

Martina wita nas butelką wina.

I am glad you came – mówi z uroczym niemieckim akcentem, a zapytana o interes w dobie pandemii kręci lekko głową. – Miałam kilka rezygnacji, ale to głównie Anglicy. Tydzień temu gościłam Francuzów, wcześniej Bułgarów. Po was przyjeżdżają Hiszpanie. Nie jest aż tak źle. Gorzej niż rok temu, ale nie źle.

Cieszy mnie to, nawet bardzo. Przed zaśnięciem sprawdzam jeszcze stronę MSZ. Żadnych zmian. Ani słowa o kwarantannie.

MARCIN MORTKA

pisarz i tłumacz literatury anglojęzycznej,

autor m.in. książek dla dzieci,

twórca postaci wikinga Tappiego