Polską rządzi partyjniactwo

I chyba nie ma w tym stwierdzeniu przesady. Przy znikomym sondażowym poparciu dla Małgorzaty Kidawy-Błońskiej, szefom Koalicji Obywatelskiej (a faktycznie Platformy Obywatelskiej) zajrzało w oczy widmo zniesienia ze sceny politycznej. I to nie tylko symbolicznego. Po raz kolejny zwyciężyło partyjniactwo – największa choroba Polski.

Od lat cierpimy na brak autorytetów. Autorytetów przywódczych, które w ogólnej opinii społecznej zasługują na powszechny szacunek i poważanie. Pod każdym względem. W Polsce tzw. autorytety ustalane i wskazywane są przez partie. Te same partie, które od czasów odzyskania tzw. wolności i niepodległości niczym nie różnią się od swoich poprzedniczek z czasów PRL. Tak jak poprzednio również i obecnie najważniejsza jest

władza.

Władza realna pozwalająca zaprowadzić jedynie słuszne porządki w kraju, oczywiście w oparciu wyłącznie o swoich, zawsze wiernych i posłusznych, partyjnych funkcjonariuszy. Tak było poprzednio i nic pod tym względem się nie zmieniło przez ponad 30 lat. Do wyjątków należą momenty, kiedy jakaś partia decydowała się na wykorzystanie autorytetów (choćby przypadek prof. Religi). Zawsze przynależność partyjna bierze górę. Czy to w administracji państwowej, mediach czy w spółkach Skarbu Państwa. Przynależność i uległość wobec partyjnych decydentów.

Październik 1956. Tak zaczynał Gomułka…

Bo bez tej uległości nie będzie miejsc na listach wyborczych. Nie będzie realnej władzy i wpływu na nią. Nie będzie wizyt w mediach, zaproszeń na partyjne imprezy, kumplostwa, które pozwoli ustawić rodzinę i znajomych.

Proszę jednak mnie źle nie zrozumieć. Nie widzę w partiach politycznych nic złego, ale może nie w polskim wykonaniu. Bez ich źle rozumianej aktywności nie byłoby takiego podziału społeczeństwa, które w ostatnich miesiącach jeszcze, choć to wydawało się niemożliwe, się pogłębiło.

Cała władza w rękach partii

Na tym modelu w większości wyrośli i doświadczali go obecni przywódcy partyjni i mianowani przez nią funkcjonariusze administracji państwowej. Nawet jeśli są młodsi, to starsi koledzy do niego ich skutecznie przekonali. Profesjonalizm, wykształcenie, doświadczenie? Gdzie im do podporządkowania partyjnego zwierzchnictwa, najlepiej jednoosobowego.

Władza od samorządu, poprzez sądownictwo, Sejm, Senat, po prezydenta skupiona w jednych rękach, właściwie jednym ręku – to marzenie każdego szefa partii. A reszta może wtedy im skoczyć. I nie chodzi tu o jakąś tam opozycję, ale o całe społeczeństwo. Najlepiej podzielone, bo trzeba mieć w nim swoich, tych którzy znowu nas wybiorą. A budowanie negatywnych nastrojów nie jest wcale takie trudne. Wystarczy kilka chwytliwych haseł. Przekonanie wielu, że znowu Polska będzie rosła w siłę, a ludziom będzie żyło się dostatniej. Kto o tym nie marzy?

Nakładają się na to błędy przeciwników politycznych. Tak błędy. Błędem Kaczyńskiego był styl sprawowania władzy, na który Polacy nie byli przygotowani. Błędem ekipy Tuska było niedostrzeżenie, do czego doprowadzi budowanie religii smoleńskiej. I deprawacja, do której prowadzi długie sprawowanie władzy.

Budowa „nowej” Polski,

czyli takiej, w której pełnia władzy znowu należy do jednej partii. Nie ukrywajmy, wszystkie dążą do tego samego. I wszystkie dążą do tego, że kiedy pojawia się szansa na urwanie jej jakiejś cząstki, stara się skorzystać. Ale wyłącznie dla własnego samozadowolenia, że nie znalazła się na całkowitym marginesie, że jeszcze może mieć na cokolwiek wpływ. Choćby nawet iluzoryczny.

Całkowite upartyjnienie instytucji państwowych powoduje, że wiele decyzji – w tym najważniejszych, czyli ustawowych – podejmowanych jest zbyt szybko, z naruszeniem istniejącego prawa. Ale skoro ma się na każdym etapie procedowania pewność, że nikt nie ma odpowiedniej siły, aby się sprzeciwić, to można sobie pozwolić na tworzenie tworu, który z niedawną Polską ma wiele wspólnego. Po prawie każdym względem.

Walka o fotel prezydenta, jest typową partyjną potyczką o władzę. O jej prawie całość lub choćby cząstkę. A społeczeństwo jest jej „żołnierzami”. Zwycięstwo jednych da im przekonanie, że już zaraz, za chwileczkę, Polska cała będzie ich i spokojnie zakończą proces jej przebudowy. Zwycięstwo drugich da chwilę oddechu, że jeszcze się liczą. Jeszcze całkowicie nie zginęli…

A może nadszedł czas, aby o losach Polaków przestali decydować wyłącznie partyjni funkcjonariusze. Może najwyższy czas, aby na scenie pojawiła się nieupartyjniona (przynajmniej na samym początku) lub odpartyjniona struktura, na początek choćby jednoosobowo, które pokaże wszystkim, że można inaczej.

Że można między z taką zaciekłością, często na pograniczu totalnego chamstwa, zwalczających się partyjnych decydentów, wprowadzić siłę, która będzie dla nich kubłem zimnej wody.

Może w końcu czas skończyć z hasłem Polska to taka czy inna partia

Partyjniactwu należy, a to akurat dobry czas, pokazać czerwoną kartkę.

JAKUB WYRWAŁ