Prześcignąć swój czas

To tytuł niezwykłej książki, która się właśnie ukazała. A niezwykłość polega na tym, że podobną chyba niepodobna napisać. Bo to opowieść o kimś, na kogo tak wielkiego i zasłużonego z pewnością przyjdzie czekać pokolenia, a może Polska, Europa i świat nie doczekają się nigdy.

To książka o IRENIE SZEWIŃSKIEJ, sportsmence, fenomenalnej lekkoatletce jakiej do jej czasów świat nie widział. Dodatkowo zachęcać do czytania powinien podtytuł: Kariera Ireny Szewińskiej od kulis. Niestety, nie doczekała wydania książki, po długotrwałej chorobie zmarła 29 czerwca ubiegłego roku.

Autor, Maciej Petruczenko, dziennikarz „Przeglądu Sportowego”, pracujący w tej redakcji już 50 lat (!) , specjalizujący się w lekkiej atletyce, opisał nie tylko jej sportowe życie. Wspomina jej rodzinę – mamę i ojca, opowiada odrodze do Polski z Leningradu, miejsca urodzenia Ireny Kirszenstein ( azwisko rodowe) przez Uzbekistan. Są anegdoty, szczegóły z życia no i co szczególnie zainteresuje kibiców lekkiej atletyki: jej wszystkie (!) wyniki od czasów juniorskich. Benedyktyńska praca Maćka. Książkę bogato ilustrują zdjęcia narzeczonego Ireny, potem męża – Janusza Szewińskiego.

W dniu promocji w siedzibie PKOl. w Warszawie największa sala ledwo mieściła przybyłych. Obecni byli nie tylko liczni lekkoatleci, ze złotymi medalistami na czele: Władysław Kozakiewicz, Robert Korzeniowski, Jacek Wszoła, Szymon Ziółkowski, także przedstawiciele innych dyscyplin, dziennikarze i sympatycy najlepszej polskiej sportsmenki.

Nawet ci, którzy w przeszłości krytykowali ją np. za pochodzenie lub zgubienie pałeczki w sztafecie 4×100 m podczas igrzysk olimpijskich w Meksyku w 1968 r. Kim była w polskim i światowym sporcie nich wystarczy przypomnieć, że: 12 razy ustanawiała rekordy świata, 54 razy rekordy Polski (!!!), 50 razy reprezentowała Polskę w meczach międzypaństwowych.

Wyświetlano filmy z jej najważniejszych zwycięskich biegów i za każdym razem przybyli nagradzali jej pojawienie się na ekranie burzliwymi oklaskami.

Irenę, jeszcze Kirszenstein – poznałem podczas Europejskich Igrzysk Juniorów, które odbyły się w Warszawie na stadionie Skry w połowie września 1964 r. Wygrała – mało już kto pamięta – skok w dal 6,19 i 200 m 23,5 co było nowym rekordem Polski, lepszym od wyniku Stanisławy Walasiewiczówny ustanowionym w 1935r. oraz w sztafecie 4×100 m.

Uroczyste zakończenie Igrzysk odbyło się w siedzibie Polskich Zakładów Optycznych na ul. Grochowskiej. Nie przypominam sobie, aby był tam jakiś inny dziennikarz. Gdy zaczęły się tańce, podchodzę do bohaterki igrzysk. Przedstawiam się, mówię, że jestem z tygodnika „Sportowiec i… – Czy mogę panią prosić do tańca?

– Oczywiście, tylko proszę nie mówić mi pani, tylko po imieniu.

– Skończyła pani cztery miesiące temu 18 lat, jest pełnoletnia, dlatego tak się zwracam.

– To dla mnie zbyt krępujące.

– W porządku, lecz pod pewnym warunkiem. Do mnie będziesz mówić Andrzej, jestem starszy zalewie o 12 lat.

– Dobrze – odpowiada po chwili wahania.

No i tak zostało.

Tańczymy kilka razy. Chwalę za osiągnięcia na Igrzyskach, jest wyraźnie speszona, odpowiada skromnie, że się udało, a gdy napomykam o starcie olimpijskim, natychmiast odpowiada, że to niemożliwe, są bardziej doświadczone zawodniczki.

Kilka tygodni później zostanie jedną z największych rewelacji igrzysk w Tokio, zdobywa trzy medale: srebrne w skoku w dal (6,60 m) i na 200m (23,1 sek.) oraz złoty w sztafecie 4×100 m. Staje się bohaterką i taka wraca do Polski. Wkrótce staje się Pierwszą Damą światowej lekkiej atletyki, a po zakończeniu kariery znaną działaczką Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego. Rzadko którego działacza tego gremium MKOl. żegna opuszczeniem flag do połowy masztu. Po tylu zwycięstwach przegrała z podstępną chorobą.

Póki pracowałem zawodowo, spotykaliśmy się często na różnych imprezach, po przejściu na emeryturę, rzadziej, zawsze jednak z radością, wymieniając się uprzejmościami. O jej chorobie wiedziałem znacznie wcześniej niż ta wiadomość stała się powszechna.

Gratulowałem Jej, gdy została wyróżniona przez prezydenta Andrzeja Dudę najwyższym odznaczeniem Rzeczypospolitej Polskiej – Orderem Orła Białego. Tylko dwoje ludzi sportu doznało tego zaszczytu. Przed Ireną Szewińską wieloletni przewodniczący GKKFiT Marian Renke. O innych wysokich odznaczeniach nawet nie wspominam, było ich mnóstwo.

Szkoda, że Irena nie doczekała się tej książki.

ANDRZEJ MARTYNKIN