Państwo dobrobytu Made in Poland

 

Własną drogę do socjalizmu realizowała kiedyś Jugosławia. I w jakimś, choćby gospodarczym, stopniu jej się to udawało. Ale finał tej drogi wszyscy znamy. Własną drogą podążała też Albania. Nadal podąża KRL-D (tzw. Korea Północna). Polska czasów PRL też w jakimś stopniu obrała własną drogę.

W swojej kampanijnej podróży dookoła Polski prezes PiS rzucił hasło polskiej wersji państwa dobrobytu, która ma służyć całemu społeczeństwu, rozwojowi wspólnoty narodowej i jej umacnianiu, ale ma przede wszystkim służyć rodzinie.

W sumie, kiedy tak posłuchać prezesa, to nieodmiennie nasuwa się wniosek, że owa polska wersja sprowadza się do mechanizmu społecznego, który dzieli sprawiedliwie owoce pracy społeczeństwa (to jego własne słowa). Czyli właściwie każdemu po równo. Czyli zasuwaj Polaku, wypruwaj sobie żyły, a owocami Twojej pracy obdzielimy innych, którym być może zasuwać się nie chce.

Żłobki i przedszkola to spuścizna po systemie komunistycznym i po czasach Platformy Obywatelskiej. Mąż ma dużo zarabiać, a żona siedzieć w domu i wychowywać dzieci – polska wersja państwa dobrobytu…

Polak nie będzie już pracował za miskę ryżu, jak to kiedyś określił premier. Właściwie nawet nie będzie musiał pracować. Wystarczy, że przyjdzie do pracy, kartę odbije i postoi sobie przez kilka godzin. Miesięcznie wpadnie mu do kieszeni najpierw 2600, potem 3000, a w końcu 4000 tysie. A potem kolejne wybory i kolejne pieniążki.

Problem tylko w tym, że tej kasy nie będzie wypłacał rząd, jak choćby obecnych wszystkich 500+, 300+, czy którejś tam emerytury. Tę kasę będą musieli wypłacać pracodawcy.

Co prawda obiecuje im się zniżki w podatkach i ZUS (też podatek, ale ukryty), ale nikt już głośno nie mówi, że obniżka tej drugiej pozycji, to mniejsze emerytury. Od czego jest jednak Pracowniczy Program Kapitałowy. Pracownicy dostaną więc niby więcej, bo część pieniędzy będą musieli oddać państwu w depozyt.

Na pracodawcach administracyjne podnoszenie płacy minimalnej będzie wymuszało podnoszenie płac pracowników wyżej w strukturach firm notowanych, lepiej wykształconych, z większym doświadczeniem i dorobkiem zawodowym. A ci którzy sobie z tym nie poradzą to dla prezesa nieudacznicy.

Klasyczną wykładnie sposobu myślenia PiS o polskiej wersji państwa dobrobytu zaprezentował, niemal tuż przed swoją śmiercią były już wtedy min. Jan Szyszko. A dokładnie, jak ten model ma służyć polskiej rodzinie (owo przede wszystkim prezesa).

Nie trzeba pomagać w sposób sztuczny w budowie żłobków, przedszkoli (…) To spuścizna po systemie komunistycznym i po czasach Platformy Obywatelskiej – stwierdził podczas jeden z kampanijnych debat. Zamiast tego zaproponował budowę zdrowej rodziny, gdzie mąż zarabia odpowiednią pensję.

Szyszko brnął dalej: Nie ulega najmniejszej wątpliwości, że najważniejsza jest rodzina. Kobiety są zmuszone pracować, dlatego muszą funkcjonować żłobki i przedszkola.

Pójdźmy dalej. Wysokie zarobki męża będą pozwalały na korzystanie z prywatnej służby zdrowia, więc ta publiczna za chwilę też może okazać się niepotrzebna (ta wersja już powoli jest realizowana). Podobnie z oświatą; po co komu publiczne szkoły, skoro dobrze zarabiający mąż będzie mógł pozwolić sobie na posłanie dzieci do szkół prywatnych (zarazem odpadnie problem z pensjami nauczycieli), potem zaś na uczelnie prywatnej lub jeszcze lepiej zagraniczne.

Każdy gmach można zbudować, zwłaszcza na słabych fundamentach umysłowych. Ale przecież Polaków to nie interesuje. Polak będzie szczęśliwy mając kilkaset złotych w kieszeni więcej. Ale za chwile może się okazać, że do przeżycia w polskim modelu państwa dobrobytu to nie wystarczy…

JARZY WIR

Fot.: Internet