O zachcianki polityków walczą żołnierze

Wojska NATO walczą z tzw. Państwem Islamskim nie dlatego, że sojusz został zaatakowany. Nie dlatego również, że jeden z jego członków jest zagrożony. Walczą tam na razie Amerykanie, Francuzi i Holendrzy, a inne z 66 państw tworzących tzw. Globalną Koalicję przeciw IS wspierają inicjatywę prezydenta Obamy głównie politycznie.

Kiedy nasz prezydent wysyłał tzw. ochotników na wojnę z Saddamem Husajnem tłumaczono to udziałem w działaniom przeciwko nieobliczalnemu dyktatorowi, który dysponował bronią biologiczną. Chodziło o ropę, ale bajki o zagrożeniu zostały dość szybko ujawnione.

Polaków maniono jeszcze kontraktami, na których miały podobno zarobić polskie firmy, gdyż Irak po „wyzwoleniu” będzie potrzebował zagranicznych inwestorów. Na wojnie w Iraku zarobili, ale oczywiście nie Polacy.

Jedynymi, którzy jakoś „odkuli się” finansowo byli żołnierze, ale ich ofiara również była znacząca. I pewnie jeszcze przez lata będziemy płacić za wyciąganie wielu z nich z wojennej traumy.

Potem w ramach sojuszniczej współpracy nasi żołnierze wylądowali w Afganistanie. 10 lat działań prowadzonych wspólnie z kolegami z innych wojsk NATO przyniosły nowe ofiary, poprawę materialną u niektórych żołnierzy oraz… znaczny wzrost eksportu z tamtego regionu narkotyków. A terroryści hasali sobie na całego.

Nikt już jakoś nie pamięta, że postanie tzw. Państwa Islamskiego było następstwem zaangażowania wojsk NATO w Iraku oraz obaleniu dyktatora Libii. Amerykanie uwielbiają bowiem stać na straży porządku światowego. I wciągać w swoje brudne interesy innych. Dziś już nikt nie przypomina, że znienawidzona teraz Al-Kaida, jej szefostwo było szkolone przez uwielbiane przez nas CIA.

Ale oczywiście za każdym razem nasi żołnierze zdobywali niezbędne, niemożliwe do osiągnięcia w warunkach pokojowych, doświadczenie. Amerykanie i ich koncerny zbrojeniowe odkryły tę prawdę zaraz po zakończeniu II wojny światowej.

Dodajmy do tego jeszcze wsparcie dla głównego naszego sojusznika w kwestii do tej pory niezakończonej, tzn. braku ostatecznych decyzji wobec winnych ulokowania na terenie Polski amerykańskich więzień i przesłuchiwania w nich schwytanych terrorystów.

Za każdym razem chodziło o jakiś handel, targ. Również zakup najmniej przydatnych do polskich warunków F-16 (oczywiście amerykańskich) był po myśli polityków, a nie wojskowych. Ci optowali za innymi rozwiązaniami, korzystniejszymi.

Teraz dochodzi do kolejnego handlu. W zamian za obietnicę wzmocnienia tzw. wschodniej flanki NATO poprzez rozlokowanie na terenie Polski bliżej nieokreślonej liczby żołnierzy amerykańskich, nasz prezydent wysyła synów Ojczyzny w kolejną misję.

Tym razem ma ona mieć charakter szkoleniowy (nasi komandosi będą szkolić irackich), i informacyjny (nasze F-16 będą zbierać informacje. W działaniach przeciw IS mają nie brać udziału

Rozpętana antyrosyjska przychowa powoduje, że nasz rząd i prezydent zrobią wszystko, aby na ziemiach polskich pojawiło się kilka czołgów amerykański z obsadą. Osobiście wystarczyły mi zachwyty nad ćwiczeniami „Anakonda”, kiedy to polityczne i medialne bicie piany mogło zostać porównane tylko do tego z czasów pokazywania i opisywania manewrów wojsk Układu Warszawskiego.

Czasy się zmieniają, politycy raczej nie. Jeden sojusznik został zastał zastąpiony innym, jeden wróg – drugim, bliski brat – odległym, jedna służalczość – inną. Kiedyś Układ Warszawski decydował o ingerencji na Węgrzech i w Czechosłowacji. Teraz w ramach NATO równie ochoczo wysyłamy swoje wojska na drugi koniec świata.

Ideologię, zastąpił biznes… Reszta bez zmian…

WOJCIECH ROZBICKI

Fot. lotniczapolska.pl