Tęsknota Polaka za dyktaturą

Ze zdumieniem przeczytałem felieton znanego profesora o tym, że pisanie o kryzysie demokracji to zawracanie głowy i prawdziwy gabinet grozy, a sugestia, że mamy do czynienia z faszyzacją ni mniej, ni więcej tylko stanowi „redukcję ad Hitlerum” i „jest absurdalna i niszczy język polityki”.

Uczony mąż pisze dalej (a może raczej należałoby powiedzieć brnie dalej): „dzisiaj w Europie zagrożeniem dla demokratycznych społeczeństw nie są wcale nowi dyktatorzy, silna władza skupiona w rękach jednego człowieka czy grupy, ale odpodmiotowienie obywateli”. Autor jest szanowanym autorytetem, był też głównym ideologiem prezydenta Lecha Kaczyńskiego, więc należałoby wziąć na serio to, co pisze, zwłaszcza że robi to w dzienniku, który szanuję i chętnie czytam.

A jednak trudno zdobyć mi się na wyrozumiałość, tak jak nie potrafię zrozumieć umizgiwania się do hitlerowskiego reżimu wybitnego filozofa Martina Heideggera czy równie wybitnego politologa Carla Schmitta. Zresztą intelektualistów wspierających zbrodniczą ideologię Hitlera było znacznie więcej, szczególnie wśród humanistów, a wśród nich teologów. I to zarówno katolickich, jak i protestanckich. Dziś są wstydliwie przemilczanie i znacznie częściej wspomina się tych nielicznych, którzy wbrew opinii większości ośmielali się jednak ogłaszać swoje votum separatum.

Naszła mnie smutna refleksja, że dziś sytuacja jest podobna. Coraz więcej intelektualistów (w tym sporo grupa moich dawnych znajomych) nie widzi nic zdrożnego w poczynaniach prezesa i jego janczarów, owszem są i tacy, którzy te poczynania nie tylko legitymizują, ale wręcz swoimi autorytetem wspierają.

W dość powszechnej opinii przyjmuje się, że obecne populistyczne reżimy zyskują poparcie dzięki „ciemnemu ludowi”, który jak głosi jeden z głównych propagandzistów tego reżimu w Polsce, „wszystko kupi”. Nie wiem, czy ma rację, bo na przykład zdecydowana większość moich krewnych i znajomych tej propagandy nie kupuje. Być może nie jest częścią „ciemnego ludu” albo po prostu zbyt dobrze pamięta słusznie minione czasy propagandy PRL-owskiej i to, co tzw. media narodowe wyprawiają zwyczajnie ich irytuje.

Wydaje mi się bowiem, że populiści zyskują poparcie właśnie dzięki znudzonym intelektualistom, którzy uznali, że liberalna demokracja jest po prostu nudna i potrzebne jest jej odświeżenie, najlepiej jakimś radykalnym gestem, jaki proponują Erdogan, Putin, Orban, Bolsonaro, czy nasz zgrzebny Kaczyński.

Byle uciec z nudnej polityki opartej na żmudnym ścieraniu się różnych racji, wypracowaniu kruchych kompromisów.

Potrzebna jest energiczna polityka, wprowadzająca w życia błyskotliwe idee, najlepiej, jeśli uświęcone dominującą religią, czy to ewangelikalnym lub prawosławnym chrześcijaństwem, islamem, albo nawet fundamentalizmem katolickim. Wtedy jest i żwawo, i świętobliwie.

Problem w tym, że to niewiele ma wspólnego z demokracją, a bardzo wiele z dyktaturą. Widzę, że są Polacy, którzy za nią tęsknią, ale jest ich mało, zdecydowana mniejszość. I to mnie pociesza. Bo jednak wierzę, że pamięć o dyktaturze to najlepsza odtrutka na zakusy nowych dyktatorów i gwarancja, że jednak demokracja zwycięży.

STANISŁAW OBIREK

Studio Opinii