Prezes pisze testament

Mimo krążących plotek, czuje się dobrze, nawet bardzo dobrze, skoro ma siłę na cotygodniowe piknikowanie w różnych zakątkach kraju. I intelektualną rozgrywkę z Unią i sędziami, których obarcza odpowiedzialnością za znienawidzone przez tzw. kościół marsze równości. Ale mimo pełnego optymizmu i przekonania, że po październikowych wyborach będzie mógł w końcu zmienić Konstytucję, ma problemy, które spędzają mu sen z powiek.

Cztery lata temu, podczas poprzedniej kampanii wyborczej do parlamentu, z ust prezesa oraz jego sług nie znikały frazesy o tym, że będzie inaczej, sprawiedliwej, bez kantów, taniej, bez nepotyzmu, profesjonalnie i jeszcze paru innych „bez”, z którymi jego wyborcy mogli utożsamiać politycznych przeciwników. Ale okazało się, że ludzie są tylko ludźmi. Również jego ludzie.

I Naród dał się przekonać, że będzie bardziej sprawiedliwie, bardziej uczciwie. Niektórzy nadal tak sądzą, bo, według ich mniemania, skoro tamci kradli, to ci nasi też mogą. Ale ci nasi przynajmniej dzielą się z Narodem częścią łupu.

A co, myślicie, że nie wiem, co wam chodzi po głowach, że czekacie tylko, aż się przekręcę i rozgrabicie cały kraj w trzy sekundy?!

Prezes ma problem, bo w zamian za uległość, służalczość, podporządkowanie jego sługusy wybrały ścieżkę poprzedników. A to oznacza, że państwo, nie Państwo, uznało, że im się wszystko należy. Tak samo jak za komuny, tak samo jak za czasów Wałęsy (wspieranego prze złodziei Księżyca), tak samo, jak za wszystkich byłych, obecnych i następnych, którzy wmawiają Narodowi, że są na jego usługi.

Widok byłego tzw. marszałka wychodzącego ze łzami w oczach z twierdzy prezesa, mówi sam za siebie. Widok premiera, który w tym samym czasie, kiedy marszałek był łajany, musiał przez dwie godziny czekać na ucałowanie pierścienia capo di tutti capi jest niezapomniany. A że on sam na to się godzi, to świadczy jedynie o jego służalczości, lizodupstwie, braku charakteru i aprobowania łapówki wręczanej przez jego zwierzchnika (z czasów bankowych) Schetynie. Czemu się absolutnie nie sprzeciwiał.

Były już marszałek poleciał, bo przesadził z lataniem. I z towarzystwem, z którym latał. Ale to była figura ze świecznika. A ilu jest takich, o których nigdy nie usłyszymy? Nie w ministerstwach, kancelariach, urzędach państwowych, ale na najniższych szczeblach tzw. administracji, czy tzw. samorządu. To są dopiero synekury, to są dopiero „lody do kręcenia”. A wszystko za poparcie…

Co by tu o prezesie nie mówić, chłop ma łeb na karku. Czasem z refleksem problemy, czasem się zapędzi, ale czacha cały czas paruje. Nie tylko nad tym, co by tu jeszcze przejąć i spieprzyć, ale również, co po nim zostanie. A ostatnie wydarzenia wskazują, że panowie i panie tak się rozpasali, że trudno będzie im z niezasłużonych profitów zrezygnować. Prezes widzi również, że na dworze jego zaczynają się jawne podchody, utarczki, że właściwie zdecydowana większość harcowników czeka na jego odejście.

Wpadł więc na iście szatański (akurat to nic z LGBT nie ma wspólnego) i przygotowuje, nawet nie w tajemnicy, testament. Oczywiście polityczny.

Póki będzie żył (a niech mu tam), nawet, kiedy już nie będzie w stanie czynnie angażować się (właściwie inspirować) najważniejsze wydarzenia w kraju i zagranicą, wiadomo, że dla spore części Narodu, a tym bardziej dla ludzi korzystających z jego geniuszu, nadal będzie wyrocznią we wszystkich sprawach.

Ale z chwilą jego odejścia wszystko się rozpieprzy. Dzieci rzucą się sobie do gardeł, zaczną walczyć o każdy ochłap władzy, dojdzie to totalnej rozwałki. Widzi ich na co dzień, niektórych zna od dziesięcioleci i doskonale zdaje sobie sprawę, że tak to właśnie się potoczy.

Pisze więc testament. Pierwszy punkt już jest. Partia ma zachować jedność. I dalej rozwinięcie, że każdy, kto będzie swoimi myślami lub uczynkami do rozłamu chciał doprowadzić, to… dalej jakieś duperele o karach. Ale jak coś takiego wyegzekwować?

I tu po raz kolejny geniusz Wodza Narodu daje o sobie znać. Otóż każdy z obecnych i przyszłych, a także byłych (wyczekujących jedynie na odpowiedni moment na powrót) najbliższych, trochę dalszych, przedpokojowych, odźwiernych i pomniejszych sługusów będzie musiał przysiąc przed Bogiem, na Biblię i Krzyż Święty, że nigdy, ale to nigdy nie sprzeniewierzy się ostatniej woli. Całość oczywiście zostanie nagrana i upubliczniona, tak aby każdy Polak wiedział.

I niech potem któryś spróbuje choć drobinkę z tortu władzy uszczknąć dla siebie…

JERZY WIR

fot. INTERNET