Reżyser! Reżyser!!!

No i bęc! Stało się, prezes partii odwołał delegowanego przez siebie posła Kuchcińskiego z funkcji marszałka Sejmu RP. Marszałek Sejmu to formalnie rzecz biorąc druga, po prezydencie, osoba w państwie. To nie jest jakieś tam stanowisko, to funkcja, z którą wiążą się naprawdę duże uprawnienia.

Przypomnę — to marszałek sejmu zastępuje prezydenta w przypadku jego śmierci czy niezdolności do sprawowania swojego urzędu. To marszałek Sejmu przewodzi obradom Zgromadzenia Narodowego, Sejmu i Senatu w najważniejszych dla państwa sytuacjach.

Marszałek jest posłem pierwszym wśród równych. Obejmując funkcję przyrzeka bezstronność w organizacji prac sejmowych. Na arenie międzynarodowej reprezentuje Polskę na spotkaniach i posiedzeniach różnych organizacji parlamentarnych. Wystarczy.

Jeżeli tak, to oczywiste, że marszałek Sejmu musi być kimś. Powinna to być postać naprawdę znacząca w polityce, w kulturze, w życiu społecznym kraju. To musi być ktoś, kto ma osobowość ktoś, kto potrafi odcisnąć piętno swojej osobowości na scenie politycznej w kraju i za granicą.

Czy takim człowiekiem był Marek Kuchciński?

Odpowiedź na to pytanie jest najprostsza i najłatwiejsza – oczywiście, że nie. Nie był „kimś”. Jego osobowość była dokładnym zaprzeczeniem wszystkich tych cech, jakimi powinien się wyróżniać. Marek Kuchciński, poseł z Podkarpacia, bastionu PiS, przez wszystkie swoje kadencje nie wyróżnił się niczym. To, co przy nazwisku Kuchciński otwierało się w sieci — to informacja, że to on podpowiedział Prezesowi skrót TKM i podał mu jego rozwinięcie. Prezes to kupił i uchodził w oczach wielu, w moich też, za autora tego zawołania. Jego pełne brzmienie – Teraz, Kurwa, My – wskazuje jednoznacznie trochę knajackie środowisko, w jakim musiał obracać się Marek Kuchciński, zanim trafił do polityki, a ostatnio do wielkiej polityki.

Nie ma sensu pastwić się nad Markiem Kuchcińskim. Gorzej o nim niż on sam mówi (niechcący) o sobie, nie da się powiedzieć. Niech więc zapadnie cisza. Był i nie ma go, koniec.

To jednak nie oznacza, że nie należy mówić o sprawie. O tych, którzy go wymyślili, przegłosowali jego kandydaturę i bronili jak niepodległości przez całe tygodnie.

Jest dobrym zwyczajem, że gdy kończy się spektakl w teatrze, a sztuka poruszyła widzów, to bijąc brawo aktorom na scenie publiczność woła: reżyser, reżyser! Po to, aby ten wyszedł na scenę.

Wiem, że żadna siła nie zmusi Jarosława Kaczyńskiego — teraz nie zmusi — do przyznania się do błędu. Bo to przecież była jego decyzja. To był jego człowiek, dokładnie takiego kalibru, jaki Kaczyńskiemu odpowiadał. Przez cztery lata marszałkowania zasługiwał się w oczach Prezesa: zdemolował Sejm, obrady uczynił farsą, nagminnie łamał obowiązujący regulamin, odbierał głos posłom opozycji, nakładał kary finansowe, zawiesił posła za zwrot „Panie Marszałku kochany…”, przeprowadzał rządowe ustawy w tempie lepszym niż ekspresowe, obnosił się ze swoją funkcją marszałka jak król, wyposażył straż marszałkowską w błazeńskie stroje paradne, uzbroił w szable, siebie odgrodził kotarami i strażą przed dziennikarzami (ale i przed resztą posłów), zbudował zasieki przed Sejmem, tak aby nikt z obywateli nie mógł zakłócić mu spokoju.

Tak było, widzieliśmy to wszyscy.

I co? Podobało się?

Wielkiego oburzenia nie było. Marszałek był marszałkiem, a polski Sejm umierał w ciszy. Ciszę przerwało dopiero dziennikarskie śledztwo na temat lotów marszałka zakupionymi przez Macierewicza bez przetargu luksusowymi samolotami, przeznaczonymi dla obsługi najważniejszych osób w państwie w trakcie wykonywania przez nie obowiązków służbowych.

Marszałek Kuchciński, druga osoba w państwie, miał jednak obowiązki na miarę swojej osobowości, nie funkcji. To dlatego latał na trasie Warszawa – Rzeszów luksusowym odrzutowcem, mimo że latają na tej trasie kilka razy dziennie rejsowe samoloty, a on, jako poseł na Sejm RP ma darmowe bilety i obsługę, jaką załatwia Kancelaria Sejmu. Nie trzeba subtelnych analiz psychologicznych – to klasyczne zachowania małego człowieka szukającego statusu, pragnącego jego podwyższenia. Mały człowiek na dużej funkcji – tak dzieje się zawsze, gdy wir historii wynosi kogoś na wyżyny, o których nawet nie mógł pomarzyć.

To o aktorze. A jak ocenić reżysera?

Jarosław Kaczyński doskonale wiedział, że funkcja przerasta Kuchcińskiego o kilka długości. A mimo to – zrobił go marszałkiem.

Jedyny logiczny wniosek, jaki się narzuca, to chęć likwidacji polskiego parlamentaryzmu. Po co sejm i jakaś opozycja w państwie przyszłości? Takim państwie, które zostanie zbudowane na nowej konstytucji — tej, o której ostatnio mówił Jarosław na rodzinnym pikniku, gdzieś tam w terenie, wśród swoich wyborców. Marszałek Kuchciński miał nas przyzwyczaić do tego, że sejm jest właściwie niepotrzebny, lud wypowiada się bezpośrednio przez swoich wybrańców i to oni, mając sejmową większość, realizują wolę prezesa. Szybko, sprawnie i wygodnie…

Gdyby nie rozpasanie marszałka, gdyby nie elementarne błędy jego kancelarii, Kuchciński dotrwałby do końca kadencji. O jego losie przesądził ostatni sondaż, w którym tylko 15% badanych było za pozostawieniem go na stanowisku. Taki wynik oznaczał, że znacząca część wyborców PiS-u też chce jego dymisji. Gdy wczoraj ukazały się te wyniki wiedziałem, że Kuchciński jest out, że poda się do dymisji. Zgodnie z prawdziwym porządkiem władzy w Polsce w 2019 roku poinformował o tym Jarosław Kaczyński, a Kuchciński jedynie potwierdził wolę prezesa.

To racjonalna decyzja. Utrzymywanie się w przestrzeni publicznej „sprawy Kuchcińskiego” byłoby fatalne w skutkach dla wyniku wyborczego Prawa i Sprawiedliwości. Dymisja na prawie trzy miesiące przed wyborami zdejmie ten temat z agendy. Jest jednocześnie wyzwaniem dla opozycji – potrzebne są następne takie gorące tematy. W państwie PiS jest ich wiele – do roboty zatem sztaby wyborcze tych wszystkich partii, które pragną odsunąć PiS od władzy!

Jeżeli Prezes dzisiejszą decyzją w sprawie Kuchcińskiego potwierdził wygłoszoną niedawno przez siebie starą rzymska sentencje: „Vox populi, vox Dei”, to należy dać mu jeszcze więcej okazji do jej zastosowania. Tak, aby gdy przyjdzie dzień wyborów, ów vox ostatecznie zakończył jego chory sen o satrapii w środku Europy. W państwie, które obecnie jest członkiem wspólnoty narodów, Unii Europejskiej.

Czy tak będzie w przyszłości – to dobre pytanie. Odpowiedź na nie przyniosą właśnie najbliższe wybory. Oby była to odpowiedź pozytywna, potwierdzająca pragnienia zdecydowanej większości Polaków bycia nadal członkiem Unii Europejskiej, a nie grożącej nam Wspólnoty Niepodległych Państw z centralą w Moskwie.

ZBIGNIEW SZCZYPIŃSKI

Studio Opinii

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *