Kierowcy-pijacy całej Polski łączcie się!

Jakiś tam pijak przejechał samochodem pół Polski i gdyby nie trzepnął w barierkę, to pewni nikt by się nawet tym pijakiem nie zainteresował. Niestety samochód zawiódł. Bo nie kierowca. On był przecież tylko pijany. I kiedy czytam, że (przepraszam, z pamięci) niech uderzy się w piersi ten, kto nigdy po pijaku nie jechał, zastanawiam się, czy już totalnie zdziczeliśmy, czy brakuje nam do tego „etapu” rozwoju cywilizacji bardzo niewiele.

Niby znany dziennikarz podobno się stoczył i już się nie podniesie. Tak pieją teraz jacyś tam znawcy (podwórkowi) od wizerunku. Ale Polska jaka jest, każdy widzi. Pijak, tym bardziej pijany, to bożyszcze tłumów, swój chłop, Polak po prostu. A Polakowi-pijakowi uchodzi wiele. Prawie wszystko.

Czy któryś z pasażerów komunikacji miejskiej reaguje na widok popijającego sobie piwko w autobusie czy tramwaju? Zdaje się, po widoku ich twarzy, raczej zazdroszczą: Kurde, on się nie boi, a ja musze o suchym pysku

Otrzeźwienie, jeśli w ogóle, z reguły przychodzi zbyt późno…

A ile to razy musieliśmy wracać autobusem w towarzystwie dopijających resztki stadionowego wyposażenia kiboli? Zgroza. W kupie są, więc w ogóle strach się odezwać. A z każdym łykiem język staje się coraz bardziej „odważny”. Chamstwo do potęgi. Ale to przecież taka nasza norma. Pijak jest świętą krową i basta.

Nieważne, czy jest to tzw. przeciętny Kowalski (przepraszam przy okazji wszystkich panów Kowalskich), czy komendant posterunku, poseł czy inny polityk, a nawet ksiądz czy inny biskup. Wszyscy walą równo, a niepijący się wyrzutkami, niepasującym do grupy, otoczenia, towarzystwa. Jak by tego nie nazwać. Stają się innym, wyobcowanym, spoza kręgu wtajemniczenia.

Picie jest naszą cechą narodową. W ilości wypijanego rocznie alkoholu wyprzedziliśmy już nawet odwiecznych wrogów zza wschodniej granicy. Kiedyś byli dla naszych rodaków niedoścignionym wzorcem i nagle bach! Pijemy więcej. Choć w tym jednym jesteśmy lepsi od wydumanego wroga. Wielki powód do dumy narodowej.

Immunitet wymyślono, aby tzw. wybrańcy narodu oraz wybrańcy wybrańców narodu mogli bezkarnie nawalić się i potem usiąść za kierownicę. Że czasem trafi się jakiś służbista i mandat wlepi, to żaden problem. Koszt mandatu odbierze się choćby w kilometrówkach. Albo wymyśli się jakiś zbożny cel zbiórki na tacę.

O pijanych kierowcach mówimy w Polsce wyłącznie wtedy, kiedy przyłapany z promilami jest ktoś znany. A to syn prezydenta, a to jakaś niby gwiazda niby jakieś produkcji filmowej, albo polityk, czy dziennikarz. Na co dzień nikt się tym nie przejmuje, bo przecież, według niektórych, nie ma w Polsce kierowcy, który nie siedział za kółkiem na fleku.

Tak jak panuje w narodzie powszechne przyzwolenie na upijanie się, tak samo tyczy się to jazdy po pijaku. Najwyżej można usłyszeć: Głupi, dał się złapać. Ewentualnie nie umiał wręczyć łapówki. Media miałyby dopiero używanie, gdyby kogoś potrącił, a jeszcze lepiej, zabił. Dopiero byłby szum. Jak w przypadku tego dziennikarzyny, który naraził jadąc po pijaku… psa będącego w jego samochodzie. Nie dziesiątki ludzi, których mógł po drodze zabić, ale właśnie pieska…

JERZY WIR

fot.: Internet