Napiszę książkę…

Długo nosiłem się z tym pomysłem. I nadszedł w końcu ten moment, że dalej zwlekać już nie mogą. Po prostu ktoś może mi „podkraść” historię. Wiadomo, kto pierwszy ten lepszy.

Będę więc pisał. Treść książki, niestety w odróżnieniu od wszechogarniającej nas szczęśliwości i samozadowolenia oraz zadowolenia z innych, nie będzie wesoła. Będą to ludzkie dramaty, z którymi może nie spotykamy się na co dzień, gdyż za bardzo jesteśmy skupieni na sobie, ale – proszę mi wierzyć na słowo – otaczają nas niemal na każdym kroku.

Choćby historia dziewczyny, która informuje matkę, że była właśnie u ginekologa i ten stwierdził u niej paskudną chorobę. Żeby było ciekawiej, dziewczyna jest dziewicą, więc problem staje się niejako społeczny. Gdzie i od kogo mogła się zarazić? I tu będzie następowała historia jej ostatnich dwóch, trzech miesięcy z pogłębioną analizą miejsc, które należy wziąć pod uwagę.

Albo dramat matki, której syn wdał się w awanturę z pobiciem włącznie, został zatrzymany i skazany, a teraz gra oczy się o przeniesienie go do zakładu karnego, w którym mógłby nauczyć się jakiegoś zawodu. Pojawia się postać adwokata, który mógłby pomóc, ale to kosztuje. Kosztują też paczki, które rodzicielka wysyła do więzienia synowi, bo tam marnie karmą. I pieniądze też, bo synek chciałby od czasu do czasu zapalić papierosa.

I kolejny kawałek prosto z życia. Były nie płaci alimentów. Oficjalnie nie pracuje, ale układa kostkę brukową na prywatnych posesjach. Ostatnio miał kilka zleceń z Konstancina pod Warszawą, gdzie jak wiadomo mieszkają prawie sami milionerzy. Pracuje na czarno, więc komornik nic mu nie może zrobić. Wynajął mieszkanie, kupił wóz, ale wszystko jest na nową kochankę. A była z dzieckiem utrzymuje się za 600 zł miesięcznie. Ktoś powie, że nie można. Można…

I jeszcze ten dwudziestolatek, który próbuje wbić się na jakąś imprezę, ale nikt nie chce go ze sobą zabrać. Nie jest zapraszany, bo kiedyś po paru głębszych i paru machach trochę narozrabiał. Ale to przecież nie powód, aby teraz był usuwany z towarzystwa. Kontaktuje się więc z jedną koleżanką, bo słyszał, że ta idzie na grilla i próbuje namówić ją, żeby go ze sobą zabrała. Pudło. To samo z kolegą, który dostał zaproszenie na wspólne oglądanie meczu… Nerwowo szuka następnego numeru…

Tych historii jest jeszcze parę, choć nie wiem, czy wszystkie zasługują na opisanie. W sumie nie każda z zasłyszanych rozmów telefonicznych w czasie dwóch dni jeżdżenia po stolicy autobusami, tramwajami lub metrem była aż tak ciekawa… Chyba że ta o komunii, prezentach, przyjęciu, kto się upił, kogo trzeba było reanimować…

MAREK KWIT