I po plebiscycie…

Tak, jak pisałem ponad tydzień temu: wybory do PE w Polsce, nijak mają się do prawdziwych wyborów. To po prostu plebiscyt popularności i umiejętności oszukiwanie niedouczonych wyborców. A skoro Naród prawie nic nie wie o instytucjach Parlamentu Europejskiego i Unii Europejskiej, nic dziwnego, że każda wciśnięta mu ciemnota może przynieść sukces.

Przede wszystkim nie zwycięstwo, a wygrana, nie porażka, a przegrana. W takich kategoriach trzeba wyniki ostatnich wyborów rozpatrywać. Jak to w plebiscycie, który większego znaczenia dla Polski nie ma. Z jednego prostego powodu; tych 27 z PiS będą reprezentowali w PE partię, w której będą na marginesie. To samo tyczy się tych, którzy dostali tych mandatów 22. I nic poza tym.

Warto jednak przyjrzeć się, jakie wnioski powinny wyciągnąć ugrupowania, które uważają się za tzw. wygranych, czyli w ogóle do PE się załapały. A tych partii-koalicji jest zaledwie trzy.

Wygranym udało się przekonać swoich stałych wyborców (i garstkę tych nowych), że wprowadzenie do PE większej liczby europosłów zagwarantuje Polakom przedłużenie programu socjalnego realizowanego od kilku lat w naszym kraju. A tak po prawdzie jedno z drugim nie ma nic wspólnego. Ale liczy się efekt. Efekt osiągnięty dzięki totalnej niewiedzy Polaków (zdecydowanej większości) o funkcjonowaniu PE.

Jak to w plebiscycie, Polacy głosowali na piękne nogi lub oszukańcze przekazy medialne…

Wygranym udało się odnieść sukces, bo epatowali, realizacją iluś tam 500+ oraz projektów jarkowych. Ich przeciwnicy skupili się na Unii i PE. A to większości nie przekonywało. Dla przeciętnego Polaka liczy się jedynie, ile Unia da naszemu krajowi na kolejne projekty rozbudowy, modernizacji i unowocześnienia Polski. A to akurat zupełnie nie zależy od tego, z jakiego ugrupowania narodowego wywodzą się europosłowie.

Wróćmy jednak do plebiscytu. Głosujący oddawali głosy na buźki i popularność w stacjach telewizyjnych. To trochę jak w programie, w którym jacyś tam trzeciej klasy celebryci przekonują, że umieją tańczyć. A o ich umiejętnościach decydują SMS-ami telewidzowie, którzy o tańcu zielonego pojęcia nie mają.

W plebiscycie tym wzięli udział ci, którzy często nie mają zielonego pojęcia o Unii, niektórzy nawet przez kilka ostatnich lat uważali je wręcz na najgorsze zło, które dotknęło Polskę. Ba nie znają nawet obcych języków, czyli nie będą w stanie w jakikolwiek sposób negocjować decyzji, które mogłyby faktycznie być z korzyścią dla Polski. Oczywiście, w PE są tłumacze, ale tylko na oficjalnych posiedzeniach. A te kwestie kluczowe załatwia się w kuluarach, bez obecności osób postronnych.

Ale w plebiscycie tym nie chodziło o dobro Polski, ale o ambicję kilku panów, którym wydaje się, że są Bogami polskiej polityki. Ich najbliższe otoczenie utwierdza ich w tym codziennie. A taki plebiscyt jeszcze bardziej utwierdza ich w wyborze życiowej drogi. I tych wygranych, i tych przegranych.

Oba te ugrupowania będą miały teraz poważne problemy. Wygrani totalnie wyprztykali się z obietnic. Tylko, aby zadowolić swego szefa. Niewiele mogą już wymyślić, aby – jak to głoszą ich przeciwnicy – przekupić wyborców. Coś jest na rzeczy. Komu teraz dać i ile, aby państwo totalnego rozdawnictwa pieniędzy wypracowanych przez Naród nie legło w gruzach? Pieniądze oczywiście można dodrukować, ale to byłoby jak kopanie sobie samemu grobu.

Przegrani mogą wykorzystać zbliżające się miesiące, te poprzedzające jesienną bitwę, na totalne przeformowanie swojej komunikacji ze społeczeństwem. Tym samym, które nie mając żadnej wiedzy o PE, oddało swoje głosy na program socjalny wygranych. Coś z tym trzeba zrobić…

Nie przejmuję się zupełnie plebiscytem, w którym oceniano brzydkie nogi kandydatek i głupoty wygadywane przez kandydatów. Brzydotę tych pierwszych i łysinę tych drugich.

Gorzej jeśli te same kategoria będą brane pod uwagę podczas jesiennych wyborach parlamentarnych.

JERZY WIR