Rozmnażać się, czy hodować? – oto jest pytanie

Pierwsze dziecko 500, pierwsza jałówka minimum 500, a może znacznie więcej. Oczywiście na razie w sferze obietnic. I dziecko i jałówka. Prosiak raczej odpada, bo oferują znacznie mniej. Zostawmy więc go na boku. Jako taką rezerwę. Zacznijmy więc od początku.

Inwestycja

W dziecko oczywiście o wile mniejsza. Trochę zdrowej spermy i gotowe. Nie zapominajmy również o towarzyszącej aktowi stworzenia przyjemności. Dla obu stron; przyszłego ojca i przyszłej matki.

Gorzej jest w przypadku in vitro. To już, zależnie od miejsca zamieszkania, może kosztować. Czasem nawet sporo. Ale czego nie robi się dla szczęścia rodziny.

Jałówki lub byczka nie spłodzimy. Trzeba kupić. Zależnie od wagi i wieku ceny się różnią. Powiedzmy w granicach od 700 do kilku tysięcy zł. I od samego początku trzeba karmić, utrzymywać, ewentualnie leczyć. Nie ma tutaj 9-miesiecznego okresu wyczekiwania, względnie bez dodatkowych kosztów. Ale za to od razu można będzie liczyć na dopłatę. Relatywnie więc koszty zostaną obniżone lub nawet zupełnie zniwelowane.

Nie zapominajmy również, że w przypadku zakupu jałówki hodowlanej rasy mlecznej już teraz można liczyć na nie tak małą dopłatę (nawet do 3 tysięcy zł)

Wychowanie i opieka

W przypadku dziecka koszty stopniowo rosną. Ale pamiętajmy, że od pierwszego dnia będziemy otrzymywać rządowe wspomaganie. Te 500 zł naprawdę się w tym momencie przyda; na ubranka, pieluchy, potem stopniowo i na jedzenie.

Na razie to tylko reklama, ale być może już wkrótce tak będą wyglądały balkony w duzych miastach….

Jałówka i byczek będą również je mieli i to w wysokości, według zapowiedzi, wyższej. Innym problemem jest miejsce przetrzymywania. Mieszkańcy tzw. terenów wiejskich nie będą mieli z tym większego problemu. Ale co mają zrobić mieszczuchy?

Mieszczuchy mogą przecież przekazać przyszłą krowę lub byka rolnikowi i podzielić się dopłatą. Nie musi to być nawet podział równy, a z małą przewagą na rzecz rolnika. To funkcjonuje również obecnie.

Ilu jest mieszkańców nawet stolicy, którzy odziedziczyli gospodarki po rodzicach i je dzierżawią? Ktoś zajmuje się ich ziemią, sieje, dogląda, zbira plony, a właściciel, jest zadowolony podwójnie; nadal ma ziemię na własność i dostaje jeszcze dopłaty od areału. Nie ma więc problemu, aby wydzierżawić naszą jałówkę lub byczka, a pieniędzmi się podzielić. Właściciel ma problem z głowy i jeszcze dostaje kasę.

W przypadku dziecka, prócz codziennych kosztów utrzymania, minimalizowanych przez wspaniały rząd, dochodzą jeszcze problemy (a z upływającymi latami jest ich coraz więcej) natury wychowawczej. A tych nie da się w żaden sposób przeliczyć na pieniądze. Żadne pieniądze.

Dochodzi jeszcze jeden element. W przypadku dzieci „inwestycja” zwraca się bardzo trudno. Praktycznie jest to niemożliwe. A i dopłaty w końcu się kończą. W sumie w najtrudniejszym okresie życia dla dziecka (wejście w dorosłość), całkowity ciężar utrzymania najczęściej ponoszą rodzice. I często jest to koszt dość poważny.

Inwestycja w jałówkę lub byczka zawsze się zwraca, nie mówiąc już o dopłatach, które mogą funkcjonować minimum, lub aż, siedem lat (do następnego unijnego rozdania kasy). Jest więc krótkotrwała, ale dochodowa. Krowa daje mleko, a byk może być rozpłodowych, więc regularnie dodatkowe pieniążki.

Za pozbycie się zwierząt również kasa i to wielokrotnie większa niż zakupu.

Dylemat?

Nie aż taki pozorny. Dla mieszczuchów wydaje się to dowcipem. Ale ilu naszych sąsiadów zainwestowało swego czasu w ziemię rolną, kiedy okazało się, że szczodra Unia będzie dopłacała do upraw. I co miesiąc dodatkowo kapie im do kieszeni okrągła sumka.

A dziecko?… Ci, którzy je mają, wiedzą, że pieniądze może i ułatwiają życie (zwłaszcza milionerom), ale nie rozwiązują wszystkich problemów.

Osobiście wstrzymałbym się z każdą decyzją. Do czasu, aż nasz rząd na uchodźctwie w UE wprowadzi dopłaty na każdego kota i psa. Przecież głównie po to będę tam wysłani…

JEREMI WALASEK