Nieudana SORtownia pacjentów

Na Szpitalnym Oddziale Ratunkowym (SOR) Szpitala Miejskiego w Sosnowcu zmarł pacjent. Na pomoc czekał ponad 9 godzi. Dlaczego się nie dziwię? W ciągu ostatnich dwóch miesięcy na SOR-ze jednego ze stołecznych szpitali byłem cztery razy; trzy wizyty z mamą i jedna z tatą. Ta ostatnia to jedynie (jak nas na miejscu poinformowano) 26 godzin. Niektórzy na ratunek czekają 3-4 dni.

Założenie może i było dobre. Odciążyć oddziały szpitalne, wprowadzić selekcję pacjentów, którzy faktycznie potrzebują szpitalnego, długotrwałego leczenia od tych, którym można udzielić skutecznej, doraźnej pomocy. Ale na założeniu się skończyło.

Tata w niedzielę źle się poczuł. Poszedł do przychodni, która miała dyżur. Dostał skierowanie do szpitala z podejrzeniem zapalenia płuc. Przed 14 zjawiliśmy się na SOR-ze.

Nie można powiedzieć, że się nim nie zajęli. W ciągu niespełna trzech godzin wykonano mu badania przewidziane procedurami; pobrano krew i mocz do badania, zrobiono prześwietlenie płuc, USG jamy brzusznej, EKG.

Każdemu pacjentowi zarejestrowanemu w SOR przydziela są kolorowe znaczniki oznaczające teoretyczny czas udzielenia pomocy. Dominującym jednak kolorem, który zapomniano dodać, jest biały, a właściwie przezroczysty – takie mają wrażenie po traktowaniu ich przez tzw. personel medyczny…

Krew i mocz zostały wysłane do zewnętrznego laboratorium, bo szpital z własnego zrezygnował w ramach cięć kosztów. Zrobiła to większość warszawskich szpitali. Nowe jest po drugiej stronie ulicy. Średni czas otrzymania wyniku to jakieś 5 godzin, o czym lojalnie zostaliśmy uprzedzeni.

Pacjentów przybywa, zaczyna brakować dla nich krzeseł na oddziale. Jeden lekarz dyżurny, jedna pielęgniarka, jeden ratownik zajmujący się selekcja pacjentów i jedna pani rejestratorka.

Po selekcji pacjenci trafiają do konsultacji na oddziały lub czekają na lekarza-specjalistę na SOR-ze. W jednej salce na czterech łózkach leża pacjenci pod tlenem lub z kroplówkami. W drugiej salce trzy łózka, dla cięższych przypadków. Dla reszty krzesełka.

Na jednym z ich pond 70-letnia kobieta z zakrwawioną połową twarzy. Przewróciła się. Po półtorej godzinie jedzie na chirurgię, gdzie twarz przemywają i zakładają plasterki operacyjne na największe rany. Kobieta wraca z powrotem na SOR. Ponad cztery godziny czeka na decyzję i w końcu zostaje wypisana do domu.

Ok. 23 policjanci przywożą podchmielonego młodzieńca z ręką na temblaku. Po godzinie wychodzą z nim, ale ten ma już rękę zagipsowaną. Obsłużony poza kolejnością.

W międzyczasie nikt się tatą nie zajmuje. Lekarka dyżurna na każdą wzmiankę lub pytanie stwierdza, że się nie rozerwie, jest sama i sama już pada na twarz ze zmęczenia.

W końcu, ok. 1.30 ma czas zająć się nim. Informuje nas, że to nie płuca, ale powiększenie pęcherzyka żółciowego, ale stan nie zagraża życiu, więc nie nadaje się na chirurgię.

Starałem się być naprawdę grzeczny i grzecznie spytałem: jakie w takim razie są objawy zagrożenia życia w tym przypadku. Lekarka nie zrozumiała. Zapytałem ponownie. I zaczęło się. Ona podnosi głos, ja podnoszę głos. W końcu wymiękłem, wszak chodzi o zdrowie taty. Ostatecznie zawyrokowała, że dostanie kroplówkę i zostanie do rano. Wtedy zapadnie ostateczna decyzja.

Szybka wizyta w domu, kąpiel, kilka kanapek dla taty, bo bez kolacji i śniadania i powrót na SOR.

Kroplówki tata nie dostał. O 5 rano pobrano mu jeszcze raz krew. Dostał za to śniadanie. W odróżnieniu od pacjenta, który przybył na SOR tuz po nim. Ten przesiedział cała noc na krzesełku na korytarzu, a tym widać posiłki nie przysługują.

Czekamy, czekamy, czekamy.

Pacjenci się przewijają jak w każdy poniedziałek. Chwilami jest ich mniej, chwilami więcej. Niektórzy, po usłyszeniu, że będą musieli czekać ok. ośmiu godzin, rezygnują.

Znowu jeden lekarz dyżurny, ale za to 2 pielęgniarki i pielęgniarz, czyli wzrost o 200%.

Czekamy, czekamy, czekamy.

Przychodzi (może raczej przydreptuje) pani po tracheotomii. Odgłos każdego oddechu wręcz ogłusza. Po ponad trzech godzinach siedzenia na krzesełku trafia na laryngologie. Odsysają jej płyn z płuc i wraca z powrotem na krzesełko na SOR-ze.

Godz. 14. Podają obiad. Tata leży na łóżku, więc jest w systemie. Ten z wczoraj z krzesełka znowu nic nie dostaje.

Przychodzi moja siostra. Rozpoznaje lekarza dyżurnego, który poprzednio zajmował się mamą. Zbiera się na odwagę i pyta: O 5 rano pobrano tacie krew i czy do tej pory nie ma jeszcze wyników. Jest po 15-tej… Lekarz obiecuje, że zorientuje się.

Fakt. Nie minęło 30 minut, a przychodzi i informuje nas, że tata ma kamienie w woreczku żółciowym, że w tym wieku pacjentów się nie operuje i jeśli chce jeszcze pożyć, to musi przestrzegać diety. Jeszcze tylko pół godziny oczekiwania na wypis i można iść do domu.

Nie dziwię się, że pacjent z Sosnowca zmarł po 9 godzinach czekania na SOR. Wierzę, że badania zrobiono mu dość szybko. Tak samo, jak mojemu ojcu. Tylko że potem musiał ponad 20 godzin czekać, aż ktoś wyniki tych badań przejrzy i wyda decyzję. Mogę powiedzieć, że ojcu się udało. Tylko dlatego, że jego stan nie zagrażał bezpośrednio jego życiu.

Całe odium niezadowolenia spada oczywiście na pielęgniarki. Na zakończenie oddam więc głos jednej z nich, z tego właśnie SOR-u: Za trzy lata odchodzę na emeryturę i mam to gdzieś. Pracuję na trzech etatach, rodzina praktycznie mnie nie widzi na oczy. Nie ma szkół pielęgniarskich, młodych pielęgniarek więc też. My odejdziemy i nikt nas nie zastąpi. Lekarze pracują na oddziałach i biorą dyżury na SOR. Długo tak nie pociągną. Kogo to wina, pyta pan. Tego, kto to wymyślił, kto zabrał łózka z oddziałów i przeniósł je na SOR, zlikwidował izby przyjęć w szpitalach. Proszę mnie nie wkurwiać, tylko myśleć!

JAROSŁAW WARTEK

One comment

  • Pacjent

    Proponuję wszystkie takie historie opisywać, opisywać i wysyłać z żądaniem wyjaśnienia do dyrekcji odpowiedniego szpitala, do NFZ, do Ministerstwa Zdrowia. Byłem źle potraktowany w jednym ze szpitali pomorskich, zrobiłem jak radzę. Po miesiącu dostałem zarówno z NFZ, jak i Ministerstwa oraz szpitala pisma wyjaśniające, przepraszające, proponujące…. Nie można siedzieć i się poddawać. Jeżeli takich pism instytucje medyczne zaczną otrzymywać w tysiącach, setkach tysięcy, może w końcu zaczną w pacjentach widzieć chorych a nie przypadki chorobowe. Może to naiwna wiara ale innej broni, ja jako pacjent, nie mam…