Tak powinno być od dawna

Musiałem trochę ochłonąć. Z jednej strony po widoku setek ludzi z biało-czerwonymi flagami, którzy dosłownie zalewali ulice stolicy w niedzielne popołudnie i wieczór. Z drugiej strony po niezliczonych wybuchach petard w okolicach Dworca Centralnego. Kontrast trudny do „przełknięcia”. Zamiast wybuchów wolałbym okrzyki radości i śpiewy.

Nie siedziałem przed telewizorem i nie przeskakiwałem z kanału na kanał, aby zobaczyć, jak Marsz Niepodległości wyglądał naprawdę. Bo tego „naprawdę” i tak bym się nie dopatrzył. Tak samo, jak dziesiątki tysięcy jego uczestników. Bo każdy widział (i przed telewizorem i naocznie) to, co chciał zobaczyć. I na żaden obiektywizm silić się nie trzeba, bo akurat w tej sytuacji być go po prostu nie może.

Cieszę się, że w rocznicowym marszu wzięło udział być może i nawet ćwierć miliona Polaków. Jak nigdy przedtem. Chyba nawet jak w żadnym przed laty pochodzie pierwszomajowym. Choć podobno wtedy ludzie byli zmuszani, aby obowiązkowo w nich uczestniczyć.

Szkoda, że przed rokiem, dwoma, trzema, czterema czy pięcioma laty takich tłumów nie było. Może warto zastanowić się dlaczego. Dlaczego na przykład rok temu dominującym hasłem marszu nie było: Dla Ciebie Polsko, ale… walenie czerwonej hołoty? Czy tylko dlatego, że marszu nie organizowało państwo, ale jakieś tam stowarzyszenie? Czy 99. lub wcześniejsze rocznice były gorsze? Czy tylko okrągła setka jest w stanie Polaków… No właśnie, co?

Przed laty władza (nieważne która) nawet nie próbowała rozmawiać z organizatorami Marszu Niepodległości. Ulice stolicy zostały im oddane na kilka godzin we władanie. Udział władzy sprowadzał się tylko do większego angażowania sił porządkowych w potyczki z uczestnikami lub ich ochranianie. Doprowadziło to jedynie do stopniowego, coraz większego upolityczniania tego wydarzenia. Czy tak powinno wyglądać uczczenie Święta Niepodległości?

Stąd też i liczba uczestników poprzednich marszów była nieporównywalnie mniejsza niż w tym roku. Jedni się z organizatorami nie utożsamiali, inni po prostu bali się w nim uczestniczyć. Jeszcze innym po prostu nie zależało.

Zanosiło się, że w tym roku będzie podobnie. Bo władza, z niezrozumiałych w ogóle dla mnie względów, z organizatorami Marszu próbowała się dogadać, ustalić zakres współpracy. Nie potrafiła tupnąć i powiedzieć: Ma być tak i tak!

I pewnie nie byłoby takiej frekwencji, nie byłoby polityków spacerujących po jedniach, które do tej pory pokonywali w rządowych limuzynach, gdyby nie… zakaz organizacji marszu autorstwa prezydent stolicy. Gdyby nie ona, mniejsza o intencje i powody, nie zakazała jego organizacji, takiego marszu, jak ten z niedzieli, by nie było. Chcą nie chcąc to ona doprowadziła do finału, który mieliśmy  w stolicy w niedzielę.

I tych kilkudziesięciu debili, którzy nadal o zadymie myśleli, odpalali petardy i race i wiwatowali na widok spalanej flagi Unii tego nie zmieni.

I oby tak pozostało.

JERZY WARCIK