Od marksizmu do kaczyzmu

Po blisko trzyletnich rządach obozu Zjednoczonej Prawicy a personalnie Jarosława Kaczyńskiego jako prezesa Polski nikogo już nie dziwią wszystkie głosy mówiące o powrocie do tego, co było. Do czasów, gdy rządziła jedna partia i jej Pierwszy Sekretarz.

To banalnie prawdziwe porównanie. Mamy bowiem rządy kogoś, kto jest w strukturze władzy państwowej tylko posłem, zwykłym posłem, niepiastującym żadnej innej funkcji, którą poseł piastować może. Poseł może bowiem być (i bywa) przewodniczącym klubu parlamentarnego, przewodniczącym komisji sejmowej, może być marszałkiem albo wicemarszałkiem Sejmu, ministrem w rządzie – a nawet premierem.

Poseł Kaczyński nie pełni żadnej funkcji państwowej ani parlamentarnej. Jest tylko prezesem jednej z trzech partii, tworzących obóz Zjednoczonej Prawicy; formacji, która wygrała wybory parlamentarne i po zastosowaniu obowiązujących reguł uzyskała większość, pozwalającą przegłosowywać ustawy sejmowe w kilka godzin lub kilka dni. Posłowie partii rządzącej swoim zachowaniem zasadnie przy tym dowodzą, że Sejm jest niepotrzebny, że niepotrzebni są też oni sami, a z pewnością nie w takiej liczbie. 100 posłów na 100-lecie odzyskania niepodległości to dobry pomysł, lepszy niż 100 samolotów na defiladzie ukazującej wielkość/małość wojska.

Każdy rzetelny obserwator tego, co dzieje się w Polsce w ostatnich trzech latach musi być pod wrażeniem determinacji, siły woli i dyscypliny, jaką wykazuje obóz władzy w realizacji wizji swojego lidera. To, co się dzieje – było przecież zapowiadane przez Jarosława Kaczyńskiego dawno. Słyszeliśmy to jeszcze w latach pierwszych jego rządów z Lechem Kaczyńskim jako prezydentem. Widniało to w zapisach projektu konstytucji Prawa i Sprawiedliwości, które były do wglądu na stronach tej partii przed wyborami 2015 roku.

Niech zatem nikt nie mówi, że nie wiedział. Że nie spodziewał się, że aż tak zdemolowane zostanie państwo prawa i rządy prawa w Polsce.

Wszystko to było zapowiadane, a nawet ujawnione. Można było się z tym zapoznać. Tylko trudno było uwierzyć, że ten „sen wariata śniony nieprzytomnie” stanie się rzeczywistością.

Stał się!

Dosyć o tym co było – czas na rzut oka w przyszłość.

Przyjmując narzucające się porównanie do czasów „słusznie minionych”, do PRL i rządów PZPR i jej I Sekretarza, chciałbym zauważyć (jako człowiek, który większość swojego życia przeżył w tamtych latach – co daje mi, jak sądzę, prawo do takich porównań i ocen), że tamten system sprawowania władzy miał podstawę teoretyczną w wielkiej teorii, opracowanej przez Karola Marksa. Marksizm jako teoria społecznego rozwoju, marksizm jako nurt filozoficzny trwale osadzony w europejskiej filozofii — był i jest trwałym dorobkiem myśli ludzkiej, jest obecny w historii filozofii, jest obecny w dyskursie naukowym i sporach ideologicznych.

Na świecie.

W Polsce  mniej. W Polsce może nawet wcale, z racji utożsamiania marksowej teorii z rzeczywistym działaniem partii politycznych, odwołujących się do marksizmu. To zrozumiałe, tak może być. Ale na świecie, na każdym poważnym uniwersytecie – katedra marksizmu czy seminarium z marksizmu nikogo nie dziwią. To jest oczywista oczywistość: nie da się omówić XIX wiecznej filozofii bez odniesień do Karola Marksa.

Stawiam zatem pytanie – jakie są teoretyczne podstawy tego, co robi obecna władza budując nowe państwo, planując wychowanie nowego człowieka, zapisując nową historię narodu z nowymi bohaterami masowej wyobraźni? Skala rewolucji „pisowskiej” jest taka, że nie wydaje mi się możliwe, aby nie oprzeć jej na fundamencie zbiorczej teorii „pisowskiego” modelu.

Pytanie – czy nie czas na kaczyzm tak jak był czas na marksizm, leninizm, maoizm, thatcheryzm czy każdy inny „izm”?

W obozie rządzącym jest wystarczająco dużo profesorskich głów. Ot, tak dla przykładu: Gliński, Legutko, Zybertowicz, Pawłowiczówna i wielu, wielu innych. Pełnych, często „belwederskich” (tu bez Pawłowiczówny) profesorów, mających dorobek, nazwisko, uczniów, wychowanków. Jest więc potencjał ludzki, jest aparat, są pieniądze (tych najwięcej).

Czy to nie czas aby zabrać się do roboty ? Aby wyprodukować coś więcej, niż śmieszny projekt MaBeNa ?

Mówiąc serio – lepiej dla wszystkich (dla mnie też), aby rządzący obóz miał podstawy teoretyczne, aby jego funkcjonariusze mogli myśleć systemowo, aby mogli się kształcić, dokształcać w doktrynie, zgłębiać myśli swojego wodza.

Wolę to, niż wchodzenie z niskich pobudek na stanowiska rządowe dla pieniędzy i budowania układu. Tak jest zawsze; ale lepiej, gdy jest jeszcze fundament, teoria działania, myśl skodyfikowana. Tak będzie lepiej dlatego, że pozwoli to na sformułowanie zbiorczej oceny rządzących, tego, czy i jak ich pojedyncze decyzje realizują całościową wizję opartą na teorii.

Choćby teorii kaczyzmu!

Pamiętam z „tamtych lat” jak niewielu funkcyjnych ważnych działaczy partii i państwa wiedziało coś o teorii, o myśli Karola Marksa (nie mówię już wcale o tym, czy potrafili odróżnić myśl młodego Marksa od jego koncepcji późniejszych, na przykład o teorii alienacji i jej trzech płaszczyznach; wiem, że wiedział to Karol Wojtyła i dał temu wyraz w jednej ze swoich głośnych encyklik).

Działacze i funkcyjni mogli, a nawet musieli, dokształcać się z marksizmu. To działało!

Jeżeli już obecna władza tak obficie czerpie z tamtych wzorów, to może doczekamy się powtórki z historii – wieczorowe uniwersytety kaczyzmu.

ZBIGNIEW SZCZYPIŃSKI (Gdańsk)

Studio Opinii