Mówić by być słyszanym

Dziennikarze z pewnego tygodnika wybrali się na tereny, gdzie PiS ma najwyższe poparcie i porozmawiali ze zwyczajnymi ludźmi. Pod sklepem, pod kościołem, przy stole. No i dowiedzieli się, za co i dlaczego oni tak bardzo kochają PiS. To proste: kochają PiS, bo PiS ich kocha.

PiS pieniądze daje i mówi zrozumiale. I niczego niepojętego od nich nie chce. Na przykład przestrzegania jakiegoś tam prawa.

Jarosław Kaczyński głosi: ponad prawem stoi Dobro Narodu.

Nie wiadomo wprawdzie jakie to Dobro, ale słuszne. I dla każdego to jest jasne.

Co jest ponad prawem według Kaczyńskiego

Nie bardzo wiadomo, ilu ich jest – a może czy w ogóle istnieją – wyznawcy Kaczyńskiego, którzy wiedzą, od kogo i jakie doktryny na temat prawa przejął on na prawniczych studiach i na całe dotychczasowe życie zachował.

Mistrzem studenta, magistranta i doktoranta Jarosława był prof. Ehrlich, traktowany przez Kaczyńskiego na równi z Piłsudskim. Mistrz Ehrlich głosił – także  w czasie „wielogodzinnych spotkań, często mocno zakrapianych alkoholem”że to wola polityczna jest nadrzędna wobec prawa, a nie prawo wobec woli politycznej.

To znaczy, że ważna jest decyzja większości sejmowej, a nie jakaś Konstytucja. Której w dodatku niemal nikt z głosujących nie czyta, nie zna i nie rozumie.

Czy swoje poglądy Kaczyński kiedykolwiek jasno wyłożył w publicznych wypowiedziach? Czy wyjaśnił, jaka konkretnie mogła być alternatywa Okrągłego Stołu? Głosił natomiast i głosi, że „demokratyczne państwo prawa” przyniosło „rentę nomenklaturową” ludziom poprzedniego systemu.

To wg. Kaczyńskiego w dużej mierze przez tę doktrynę państwa prawa nie była możliwa dekomunizacja, lustracja, osądzenie winnych zbrodni komunistycznych czy skonfiskowanie majątku PZPR.–W teorii mieliśmy demokratyczne państwo prawne. W praktyce – postkomunizm –  głosił Kaczyński, doprowadzając do tragicznego podziału Polaków.

Zabrakło prostego języka

Wystąpiło zderzenie dwóch światów, dwóch systemów pojęć, dwóch języków. Wolność, niepodległość – to stany upragnione, ale przecież nie takie, w których zamykają fabryki. Wolny rynek? A czym go się je? Prawo własności? Prywatyzacja? Dekomunizacja, ale jaka? A na czym miała polegać liberalno–lewicowa wizja kształtowania polityki ludzie pojęcia nie mieli. Nie wiedzieli, czego nie wiedzą.

Co to jest i po co ma być Trybunał Konstytucyjny, na czym polega i co to znaczy trójpodział władzy?

Jakie skutki, jakie konsekwencje wynikają z tego dla zwykłego obywatela? Wykształciuchy nie potrafiły tłumaczyć, nie chciały przyjąć, że ich mądrość jest nierozumiana, że kwestie dla nich oczywiste nie są oczywiste dla wszystkich tak samo. Zabrakło i ciągle brakuje języka porozumienia.

Zajęci wielką polityką, nie mieli i nie mają kiedy i jak zająć się tzw. zwykłymi ludźmi, ich problemami, słuchać o tym, co ich zajmuje, o czym rozmawiają, na co narzekają.

Naród – to kto?

Biskup Gądecki powiedział: „nacjonalizm prowadzi do ubóstwiania narodu, a to jest bliskie bałwochwalstwu”.

Te słowa przedstawiają wynoszenie narodu, jako wprawdzie niezdefiniowany, ale niemal święty zbiór ludzi, jego wielkość, wspaniałość, bezwadliwość, bohaterstwo itd. itp.

Ta prosta bezwadliwość NARODU stała się przyczyną wykluczenia pojęcia obywatela.

Jesteśmy my, NARÓD, wspólnotą, nie ma natomiast obywatela.
Otóż to, i moim zdaniem całkiem świadomie wyeliminowanie przez PiS pojęcie obywatela, które przede wszystkim wiąże się z oświeceniem i wywodzi z rewolucji francuskiej. PiS często pokazuje, że jest to obca im tradycja. Oczywiście rewolucja francuska to skomplikowana sprawa, bo to i Robespierre, i znajdziemy tam szalejącą gilotynę, ale mówimy o pewnych ideałach i zasadzie zbudowania państwa. Obywatel, wszyscy obywatele, tworzą republikę, odpowiedzialność za wspólnotę. To jest myślenie, z którego został wyprowadzony cały współczesny porządek demokracji. PiS, (czyt. PREZES) to neguje, wprowadza w to miejsce NARÓD rozumiany w sposób etniczny, populistyczny, nawet czasami rasowy, i ten naród jest pojęciem zupełnie innym niż zbiór obywateli.

To jest uderzające, gdy patrzy się na tę formę polskości, którą oni reprezentują, formułę tradycji i składniki, które są przez nich akceptowane, formułę religijności, którą Rydzyk upowszechnił. To jest Polska saska, oderwana od świata, od Rzymu nawet, od myśli teologicznej, od filozofii, zanurzona w biernym poczuciu doskonałości, bezkrytycyzmu, afirmacji tego, co rodzime.

Ten brak obywatelskości doprowadził Polskę do podziału bez żadnych prób porozumienia, zalewanej nienawiścią, kłamstwami, nagminnym łamaniem prawa, Polskę narodową, ale nie obywatelską.

Do kogo, jak i o czym mówi opozycja

Dawno, w początkach naszej transformacji rozmawialiśmy w programie telewizyjnym o własności. Po programie Jan Szomburg powiedział zdanie, które pamiętam do dzisiaj: „mnie by do głowy nie przyszło, że ludziom trzeba takie rzeczy tłumaczyć”.

Wiele lat później osoba z partyjnych wyżyn dzisiejszej opozycji, poproszona o prostą w formie wypowiedź, odrzekła spłoniona: Nie mogę tak zwyczajnie mówić, przecież będę spalona w środowisku.

Bardzo mądrym mężom nie mieściło i dalej się nie mieści w głowach, że to, co dla nich – wykształciuchów – jest oczywiste, nie dla wszystkich jest równie oczywiste.

I że trzeba mówić tak, żeby Ludzie rozumieli. Prosto, jasno, zrozumiale.

A jeszcze tak zwany prosty naród, któremu PiS z przystawkami nie specjalnie się podoba, mówi: nie mam na kogo głosować. Ta Platforma taka zarozumiała, zupełnie jak Unia Wolności. Uważają, że tylko oni mają rację, a wszystkich innych mają za nic.

To oburzające pojęcie wykształciucha nie wzięło się znikąd. Dorn dość przebiegle odczytał nastroje ludu prostego, ale wcale nie głupiego. Pomiędzy moherowymi beretami a atłasowymi kapeluszami jest ogromna liczba czapek, zwykłych beretów i kapeluszy, która czeka na wyciągniętą w ich stronę rękę i skierowane do nich słowo. Czeka na to, żeby komuś na nich zależało i żeby potrafił to przekonująco okazać.

Adam Smith tłumaczył tak: – Nie od przychylności rzeźnika, piwowara lub piekarza spodziewamy się naszego obiadu, lecz od ich dbałości o własny interes. Nie odwołujemy się do ich humanitarności, lecz do ich egoizmu, i nie mówimy im o naszych potrzebach, lecz o ich korzyściach.

Znaczy, że można tłumaczyć jasno i prosto zawiłości doktryn politycznych i ekonomicznych.

Opozycja dzisiaj ma święty obowiązek mówić prosto, jasno i zrozumiale nie tylko w koło o naszej niemożności wygrywania z bezczelnością większości sejmowej i uchwalaniem kolejnych ustaw likwidujących demokrację państwa prawa.

Przecież obok, czy oprócz właśnie uchwalanych ustaw psujących ustrój państwa, mamy i tak fatalne prawo, fatalne przepisy i wyrosłą z tego fatalną, rozrośniętą biurokrację.

I o tym ludzie niezależnie od poglądów politycznych między sobą gadają, na to narzekają i wyklinają.

To jest temat, który łączy rodaków – w rozmowach na ławeczkach i na konferencjach, w publicystyce, reportażach – wszędzie i od lat, niezależnie od tego, kto sprawuje władzę.

Powszechne bowiem i zgodne narzekanie nie dotyczy polityki, jako takiej. Oczywiście, że zwolennicy PiS będą twierdzili, że wszystkiemu winien jest były rząd, a zwolennicy PO, że obecne rządy, ale tak naprawdę, to tematy zwykłych narzekań nie dotyczą wprost władzy.

Najczęściej bowiem spadają słowa:

najbardziej przeszkadza nadmiar przepisów i złe prawo.

Mówi o tym Jerzy Owsiak, mówi właściciel firmy rodzinnej. Joanna Pawłat, twórczyni nowego rewelacyjnego leku, mówi, że dla niej nauka – praca, którą się lubi, to uśmiech losu, ale cała otoczka biurokratyczna jest tak stresująca, że gdyby nie spotkania z ludźmi z różnych stron świata już by się tym nie zajmowała.

Odziedziczyliśmy po starym komunistycznym systemie bardzo źle zorganizowane państwo. Według danych Banku Światowego kraje postkomunistyczne odziedziczyły instytucje publiczne w stanie jeszcze gorszym, niż gospodarki. Wystąpiło nakładanie się prawa socjalistycznego, socjalnego, kiedy wszystko było państwowe, z gospodarczą działalnością wolnego rynku.

Ale żadna z partii, dążących do władzy, walczących o poparcie w wyborach, o głosy wyborców niezadowolonych z nadmiaru ustaw i przepisów nie obiecuje wielkiego ogniska, w którym spłoną miliony stron zapisanych bzdurnymi przepisami.

Ten nadmiar regulacji psuje nie tylko oczy czytającym. Psuje tak zwane stosunki międzyludzkie. Rozsądek i pomysłowość zanika całkiem, zanika zdolność do współdziałania, spontaniczność. Jeśli w działaniu pojedynczego człowieka rozsądek staje się zbędny, to ten rozsądek zanika w zbiorowości.

Zbiorowość się degraduje, zanika wspólnotowość, a to powoduje – tak wyraźnie w Polsce dostrzegany – także zanik obywatelskości. Rośnie agresja.

A propos procedury tworzenia prawa, jego treści i objętości. Uchwalona i przyjęta przed 94 laty ustawa o naprawie skarbu państwa i reformie walutowej w potocznej świadomości zapamiętana jako reforma Grabskiego zapisana była na dwóch i pół strony wielkości kartki zeszytowej i zawierała 4 (słownie: cztery) artykuły. Artykuł pierwszy składał się z trzynastu punktów. Premier dostał prawo wydawania w ciągu pół roku rozporządzeń z mocą ustawy dotyczących zmian i podwyższania podatków, sprzedaży firm państwowych, zmian stawek celnych, zaciągnięcia pożyczki państwowej.

Bo stanu, aby było 100% przepisowej dokładności osiągnąć się nie da nigdzie i nigdy.

Doskonale i od lat trzyma się prawo korupcjogenne, w którym wygodnie mieści się Centralne Biuro Antykorupcyjne, czyli próba naprawiania bardzo skomplikowanego mechanizmu, sterowanego elektroniką, za pomocą śrubokręta i młotka.

Na temat korupcji, jej przyczyn i skutków przeprowadzono wiele badań, napisano wiele uczonych rozpraw. Żadne badanie, żadna analiza nie wskazuje na taką przyczynę korupcji, jak brak stosownego urzędu do zwalczania korupcji. Dr Anna Kubiak, skrupulatny badacz przyczyn korupcji, zauważa, że ważną przyczyną korupcji w Polsce jest brak dobrych i jednoznacznych reguł funkcjonowania w życiu publicznym, a nie brak urzędu. Ale, jak dotąd, mimo ponad dwuletnich rządów PiS, o zmianach reguł nic nie słychać.

Od opozycji też ani słowa na przyszłość, że tym się zajmą.

– W zwalczaniu korupcji potykamy się o brak tak zwanej woli politycznej, aby w ustawach likwidować „wypustki korupcjogenne” – mówi dr Anna Kubiak.

Owe „wypustki”, używane w aktach prawnych słowa – wytrychy: może, niezwłocznie, specjalne warunki, inne, szczególnie, należyty, w razie potrzeby, nieodpowiedni stan techniczny, z ważnych przyczyn, wiarygodność finansowa, zdolność finansowa, ważny interes gospodarki, obronności lub bezpieczeństwa otwierają szeroko drzwi do nieuczciwości.

Nie ma łapówek na styku prywatny-prywatny. Korupcja pojawia się na styku prywatny – publiczny i wszędzie tam, gdzie występuje przyznawanie koncesji i zezwoleń. Zmniejszeniu skali korupcji służą proste przepisy, ograniczenie inspekcji, wymaganie mniejsze, ale rygorystyczne, niskie i proste podatki, a przede wszystkim rozerwanie solidarności między dającym a biorącym.

Politycy, którzy otrzymali mandat na zmiany, zamiast nowelizacji ustaw, usuwających „wypustki”, zamiast listy likwidowanych koncesji, zamiast wykazu likwidowanych przepisów i kontroli wierzą w Centralne Biuro Antykorupcyjne z nadzwyczajnie posuniętymi uprawnieniami policyjnymi. Wydają się karmić złudzeniem, że antykorupcyjni funkcjonariusze będą wolnymi od pokus aniołami, a instytucja kontrolująca wykryje to, czego nie ujawniają kontrole dotychczasowe.

W PiS oczywiście nie ma nawet śladu myślenia na takie tematy

A po PiS?

A może tak opozycja pokazałaby, powiedziała ludziom, co i jak będzie chciała robić z takimi paskudnymi przepisami, po tym bezprawnym Pisie.

Bo stanu, aby było 100% przepisowej dokładności osiągnąć się nie da nigdzie i nigdy.

ELŻBIETA MISIAK–BREMER

Studio Opinii