A propos… Niczego, czyli o układzie Mad Mena

Co można robić na urlopie? Prawdę mówiąc, nie chce mi się wyliczać tych wszystkich czynności, którym ludzkość oddaje się na wakacjach, a i – prawdę mówiąc – szkoda na to i czasu, i miejsca. Ale zamiast wyliczanki i zgadywanki nieco i miejsca, i czasu zajmę tym, co sam postanowiłem zrobić, korzystając z pobytu poza standardowym zasięgiem ludzkości, że tak to określę.

Jakiś czas temu, może rok, może dwa lata temu, a może jeszcze wcześniej, przelatując pilotem kanały telewizyjne moją uwagę przykuł któryś z odcinków serialu „Mad Men”. Skąd i dlaczego taki akurat tytuł? Akcja serialu rozgrywa się w Nowym Jorku od początku do końca lat 60. XX w. i skupia się na Donie Draperze, dyrektorze kreatywnym agencji reklamowej Sterling Cooper, oraz ludziach otaczających go w życiu zawodowym i prywatnym. W dosłownym tłumaczeniu tytuł serialu, to „Szaleńcy”. Ale określenie mad men było swego czasu popularnym skrótem nazwy nowojorskiej Madison Avenue, przy której swoje siedziby miały, a niektóre mają i dziś, agencje reklamowe. Tytuł serialu mógłby zatem oznaczać „Ludzi z Madison Avenue”, co nawiązywać może do charakteru pracy i decyzji podejmowanych w agencjach reklamowych, ale i do slangowego znaczenia określenia ad men (ang. advertising men), czyli po prostu „ludzi reklamy”.

Przykuł – jako się rzekło – moją uwagę, bo pokazuje zmiany obyczajowe zachodzące w Ameryce tamtych lat. Lat, które najbardziej lubię oglądać w filmach, czyli wtedy, gdy ja chodziłem do szkoły podstawowej, a w Ameryce kobiety nie sposób było pomylić z mężczyzną, patrząc na nią od tyłu. Nosiły bowiem eleganckie suknie i sukienki, płaszcze, futra i etole, a ich głowy zdobiły wyrafinowane fryzury (co nie znaczy, że mogące się i dzisiaj podobać) nierzadko skrywane pod wykwintnymi nakryciami. Mężczyźni zaś chodzili do biur pod krawatem w białych koszulach i w garniturach z przykrótkimi spodniami (co zawsze mnie dziwiło) oraz obowiązkowo nosili kapelusze (nawet latem), które zdejmowali wsiadając do windy i wstawali, gdy do gabinetu lub do stołu w restauracji podchodziła kobieta.Takie to były czasy. Takie to były lata… Ale też były to lata zabójstw ludzi z pierwszych stron gazet (prezydent John F. Kennedy, jego brat Robert, pastor Martin Luther King), konfliktu kubańskiego, lata walki o równouprawnienie Murzynów, początek dostrzegania w nich potencjalnych i świadomych odbiorców reklamy (doskonała scena z analizą spadku, ale i wzrostu sprzedaży telewizorów), lata dramatów ludzi homoseksualnych, lata wojny w Wietnamie i demonstracji w sprawie jej zakończenie i na tym tle buntów młodzieży i narodzin ruchu hippisowskiego, lata rozkwitu popularności narkotyków z marihuaną i LSD na czele, lata wielkich osiągnięć nauki (amerykańskie konotacje pierwszego przeszczepu serca i lądowanie na Księżycu)…

Wszystko to jest świetnie splecione z losami bohaterów serialu, których pokazuje jako słabych silnych ludzi, będących życiowymi rozbitkami i hipokrytami. Wszyscy oni chodzą z nożami ukrytymi w rękawach gotowi ich użyć zgodnie z obmyślonym planem, ale używający ich w najmniej odpowiedniej dla nich samych chwili. To plejada fałszywych ludzi wygłaszających prawdziwe zdania, to pokaz, jak upadają autorytety, bo okazują się usypane z piasku i rozsypują się niczym zamki na plażach, które trwają póki dziecko pracowicie spryskuje swą budowlę wodą, a gdy tej braknie znikają bez śladu. To serial o ambicjach i rozczarowaniach, o woli walki i dążeniu do upadku poprzez  burzenie tego, co już jest zbudowane. To serial o naiwności i zawiści, ale i o prawdzie, i ufności. O rywalizacji i współpracy, o miłości i zdradzie, a raczej miłostkach i zdradach. O zakłamaniu i fałszu, ale też o przyjaźni i więzach. O nałogach i pasjach, o niespełnionych ambicjach i brutalnym dążeniu do ich zaspokojenia. O zwątpieniu i poszukiwaniu swego miejsca w życiu, tym całkiem świadomym i tym mniej. O szaleństwie, o zatracaniu się w gonieniu za…
Właśnie. W gonieniu za czym? Tak na dobrą sprawę to serial o gonieniu w piętkę. Bo choć w zasadzie kończy się happy endem, choć jego bohaterowie dobiegają do jakiejś mety, to wiemy z poprzednich odcinków, że podobnych met przekraczali już w swoim życiu nie jeden, ani dwa, ale wiele razy…

Gdy zbliżałem się do końca ostatniej serii, przypomniał mi się „Układ” Eliego Kazana, ale nie film w jego reżyserii z Kirkiem Douglasem w roli głównej, ale jego książka, której film był ekranizacją. Dlatego książka, bo w niej bohater także zatacza koło. Bo po próbie zerwania z poprzednim życiem, po próbie samobójstwa, porzuceniu żony i pracy, po przeprowadzce w inne, całkiem nowe miejsce, bo z wielkiego miasta (bodaj Los Angeles) na głęboką prowincję zaczyna odbudowywać swoje dawne życie… Zresztą, myślę, że autorzy serialu, który stworzyli dla telewizji kablowej AMC, mieli w pamięci losy Eddiego Andersona, który był, podobnie jak Don Draper, bohater „Mad Mena”, podporą agencji reklamowej, w której pracował, w która, jak i agencja Drapera, reklamowała papierosy. Mało tego książka Kazana ukazała się w Stanach w 1967 r (pierwsze polskie wydanie JUŻ! w roku 1970), a więc omawiająca czasy, w których rozgrywa się akcja serialu. Dodam, że oglądając „Układ” Kazana zastanawiałem się, dlaczego w filmie zrezygnował on z pętli zapisanej w książce i chyba muszę wrócić i do lektury książki, i do obejrzenia filmu, aby znaleźć odpowiedź…

Obejrzałem 7 sezonów i blisko 100 odcinków tego serialu w ciągu dwóch tygodni i doszedłem do wniosku, że telewizje mają rację, pokazując kolejne odcinki w kilkudniowych odstępach, bo taka piguła, jak obejrzany przeze mnie serial „Mad Men”, którą sobie zafundowałem dzięki Netflixowi (wielkie dzięki Netflixowi za to, że jest!) może zaszkodzić.

A oto dlaczego…
Po pierwsze – oglądając w taki sposób ten serial można nabrać wstrętu do choćby tylko delektowania się alkoholem. A to dlatego, że mad meni piją tam nieustannie, każde wejście do gabinetu zaczyna się od „czego się napijesz”, każde wejście do domu, to sięgnięcie po butelkę zanim jeszcze zdejmie się płaszcz… Pamiętajmy, że to lata 60. XX wieku. Czy te hektolitry whisky, brandy, wódki, że o winie, szampanach i piwie nie wspomnę to wciąż odreagowanie na okres prohibicji? Nie myślę. Czy był w tym ukryty cel zwiększenia spożycia alkoholu w Stanach? Też chyba nie, bo oglądając serial w tej dawce, o której wspomniałem, miałem nieustannego kaca nie biorąc kropli alkoholu do ust, no, może z wyjątkiem kieliszka wina do obiadu…  A może chodziło o efekt wręcz przeciwny, o odstręczenie od spożywania alkoholu? Jeżeli tak, to w moim przypadku cel został osiągnięty. Nabrałem wręcz obrzydzenia do sięgania po flaszkę…
Po drugie – podobna rzecz jak z alkoholem dotyczy papierosów. Nie palę od 26 lat. Ostatniego papierosa, po blisko 18 latach palenia, wypaliłem w nocy z 31 maja na 1 czerwca 1992 roku. Po obejrzeniu blisko 100 odcinków „Mad Mena” (z czego ponad 70 jednym ciągiem, dzień po dniu) czuję się tak, jakbym wypalił co najmniej roczną produkcję Lucky Strików (serialowa agencja całe lata reklamowała te papierosy). I tu cel autorów serialu może być dwuznaczny. Z jednej strony obrzydzić palenie, bo nie ma w nim ani jednego ujęcia bez papierosa. Z drugiej zaś do palenia papierosów zachęcić (liczba wypalanych papierosów spada z roku na rok, nie tylko w Stanach), przypominając te „wspaniałe” czasy, gdy palić można było wszędzie, a nawet – jak pokazuje serial – w wielu miejscach i przy wielu okazjach palić wręcz wypadało, a nawet należało.

Czy „Mad Men” pokazuje prawdziwą Amerykę lat 60. ubiegłego wieku? Zapewne. Ale trzeba pamiętać, że tego rodzaju jej ukazanie jest zrobione przy użyciu szczególnego rodzaju soczewki. Przyglądamy się przez nią niewielkiemu fragmentowi amerykańskiej społeczności (ludzie związani ze światem reklamy), ale przecież z racji profesji bohaterów, mającej przemożny i coraz szerszy (wejście do reklamy nowego medium – telewizji) wpływ na kształtowanie całego społeczeństwa. Okres pokazany w serialu jest niezwykle ciekawy. To rodzenie się nowej Ameryki. Ameryki przełamującej dotychczasowe konwenanse i poszukującej nowych wartości. Emisję serialu zakończono w maju 2015 roku. Jego obejrzenie może pomóc zrozumieć to, co w Stanach stało się w roku 2016…

MAREK J. ZALEWSKI

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *