Mity sierpniowe

Najczęściej bywa tak, że jakieś ważne wydarzenie z czasem obrasta legendą, spod której tylko z największym trudem daje się zauważyć ledwo co wystający rąbek prawdy historycznej. Zwłaszcza wtedy gdy wydarzenie jest ważne i na dodatek dobrze świadczy o nas czyli społeczeństwie.

Zdarzają się jednak społeczeństwa, które na przekór tej zasadzie budują w ramach własnej historii „czarne” legendy do „białych” wydarzeń i plują na to z czego pół świata byłoby dumne.

To my – nadwiślańskie orły i sokoły. Jesteśmy oryginalni i nikt nam nie będzie mówił kogo możemy opluć, a kogo nie. I oplujemy wszystkich, bo tak nam się podoba. Na tym polega wolność a la polonaise.

Już dawno zauważono, że w naszej tradycji, do której niewątpliwie należy opętańczy kult męczeństwa i spraw przegranych z największą atencją obchodzi się rocznice przegranych powstań i klęsk narodowych. O powstaniu wielkopolskim, jedynym, które osiągnęło pozytywny rezultat mówi się (dziś, w wolnej Polsce) mało, jeśli w ogóle. Dlaczego? Ot, zagadka.

Wprawdzie już starożytni mawiali, że historia magistra vitae, ale nie będzie nam jakiś przedpotopowy makaroniarz mówił czego się mamy uczyć, a czego nie. Nasz klucz zdawania testów z historii musi być inny od innych, inaczej nie czulibyśmy się wolni. Musi być tak oryginalny, żeby żaden szubrawy metodolog nauk nie potrafił się w nim wyznać i z czasem musiał porzucić hołdowanie obcym, wrogim narodowi wzorom czerpania nauki z historii.

Bogdan Miś w „Działo się” napisał, że „ ruchy rewolucyjne na ogół nie przepadają za intelektualistami, zresztą zazwyczaj z wzajemnością”. To prawda, ale i w tym względzie polski sierpień był wyjątkiem. Nigdy przedtem, ani nigdy potem nie widziałem tak solidarnego stania w jednym szeregu robotników i inteligencji. Na dodatek trwania z pełną świadomością wzajemnej dla siebie wartości. To był w naszej historii krótki moment, ale był.

Tyle że zamiast sensownych wniosków niemal natychmiast obrósł mitologią. Pamiętam artykuły zachwycające się „mądrością klasy robotniczej” itp. pisane przez autorów, których uważałem za trzeźwych, a którzy w tamtym czasie wpadali w dziki amok zamiast stąpać po ziemi, na której sporo było wtedy do zrobienia. I pamiętam klasę robotniczą tłumnie walącą na spotkanie z Jackiem Kuroniem, z którym dziwnie łatwo nawiązywała kontakt i zgadzała się z każdym jego słowem, niekoniecznie je rozumiejąc.

Nie pamiętam tylko tych dzisiejszych „bohaterów walki o wolną Polskę”.  Pojawili się nieco później, jak zwykle kiedy sprawa okazuje się wygrana, a przynajmniej taką się być zdaje.

Kolega z tamtych czasów ukuł nawet takie powiedzenie, że „powodzenie jest matką mend wszelakich” i chyba, niestety, miał rację.

Kiedy lata później z ust pana Gwiazdy i pani Walentynowicz słyszałem o tym, że „już dawno wiedzieli, że Wałęsa był agentem” usiłowałem zadać pytanie, na które do dziś nie uzyskałem odpowiedzi: jak to się stało, że to ONI wybrali go przewodniczącym Międzyzakładowego Komitetu Strajkowego? Wybrali agenta? Dlaczego?

Gdybym miał robić komuś zarzut współpracy (nawet nieświadomej) z SB, to prędzej bym to zrobił w stosunku do grupy skupionej wokół pana Gwiazdy właśnie, ponieważ nic wtedy tak nie cieszyło władzy i jej służb, jak rozwalanie ruchu od środka. A metody… cóż,

Taka krótka przypominka.

W marcu ’81 roku byłem delegatem na konferencję wyborczą przed Zjazdem „Solidarności”. Na sali spotkałem się z kolegą, z którym razem przespaliśmy Sierpień ’80 wygodnie,  w kajutach portowego holownika, nie na żadnym tam styropianie. Kolega konspiracyjnym szeptem poprosił mnie, bym w chwili kiedy on da znak, podszedł do jednego z rozstawionych po sali mikrofonów i odczytał telegram nadesłany przez Bogdana Lisa. Zdziwiłem się, zapytałem o co chodzi?

Okazało się, że wśród „działaczy” powstał spór… kogo należy wybrać i jak! Grupa sympatyzująca z panem Gwiazdą chciała przeforsować wyłącznie swoich, o żadnej demokracji nie miało być mowy. Napisano do Lisa, ten przysłał odpowiedź, którą odebrali „nie ci co trzeba” i zaczęło się polowanie. Nie na Lisa, tylko na telegram od niego. Chodziło o to, by telegram nie został odczytany, ponieważ odpowiedź wiceprzewodniczącego była nie po myśli „gwiazdowców”. Po sali krążyli ludzie szukający tego, który ew. mógł ten telegram mieć przy sobie i chcący mu go odebrać, stąd te dziwaczne zabiegi.

Sprawa skończyła się tym, że telegram odczytałem wywołując burzę na sali, bez „skutków ubocznych” dla mnie ponieważ stał przy mnie kolega doker w typie Schwarzeneggera, co skutecznie schładzało rozpalone umysły.

Proszę więc mi nie opowiadać głupot o tym, jacy to wówczas byliśmy „zjednoczeni” i staliśmy jak mur przeciw komunie.

A dziś ci wszyscy, którzy wtedy ryli pod osiągniętym sukcesem w imię własnych, małych interesów (okraszonych jak to zwykle bywa „ideami”) wyłażą ze szczurzych nor i piszą na nowo historię.

Niejaki Kaczyński Jarosław jest autorem najlepszego, moim zdaniem, dowcipu na temat strajków sierpniowych. Opowiadając o udziale w nich swojego brata powiedział, że „Leszek nie mógł zostać w stoczni, ponieważ miał „szczególną sytuację rodzinną”. Pytany o detale tej szczególności odparł, że „miał małe dziecko i Marylka się niepokoiła”.

Na szczęście nie miałem takich problemów. Mój syn nie był już mały, 2,5 letni byk dawał sobie świetnie radę w życiu, a żona nie zwykła się niepokoić byle głupstwem. W podobnej, też nie „szczególnej” sytuacji były tysiące kolegów, których żony przychodząc pod bramy zakładów tryskały spokojem, wesołością i niczym nie zmąconą beztroską. Tylko Marylka się martwiła. W tej sytuacji jest oczywiste, że Lech Kaczyński nie mógł dołączyć do ekspertów MKS, którzy zostali za bramą do końca strajku.

Pamiętam reakcję ludzi na działalność Kornela Morawieckiego, dziś chodzącego w glorii „bojownika o wolną Polskę”, którego działalność w tamtych czasach oceniano jednoznacznie jako rozbijacką i w efekcie korzystną dla SB-ecji, bo trudno było inaczej ją ocenić w ’82 roku.

Mitologia „walki” stanowiąca stały fragment mózgu genetycznego Polaka nie wszystkim pozwala jednak to dostrzec, a młodzi zwyczajnie tego nie wiedzą, bo i pamiętać nie mogą. „On chciał walczyć!” – i już mamy bohatera.

W pierwszej klasie szkoły podstawowej dostałem w dzienniczku uwagę od nauczycielki, przechowywaną później w domowym archiwum: „Jurek chciał zapluć całą tablicę”. Podobno publicznie wyraziłem taki zamiar. Pamiętam też ojca, który żywo zainteresował się techniczną stroną zapowiadanego przeze mnie przedsięwzięcia. Poprosił nauczycielkę o poinformowanie go o wielkości powierzchni rzeczonej tablicy, próbując określić  zasób śliny potrzebny do jego wykonania.

Do realizacji zamiaru nigdy nie doszło, ale całą podstawówkę chodziłem z piętnem niebezpiecznego osobnika. Nie to samo rozumowanie? Dokładnie to samo.

Wiele naszych rozważań publikowanych w Studio Opinii dotyczy sztuki rozmowy z przeciwnikiem politycznym. Rzecz w tym, że nie mamy już do czynienia z przeciwnikiem politycznym, lecz z posiadaczami innego rodzaju umysłu, którego zasady funkcjonowania są nam (i mam nadzieję, że będą) zupełnie obce.

Pierwszy z brzegu przykład: kandydujący na prezydenta Gdyni niejaki Horała udziela wywiadu państwowej telewizji. Pozuje na tle budującej się właśnie reprezentacyjnej dzielnicy (obok Sea Towers), w tle widać już budynki stojące i te budowane, a Horała bez zmrużenia oka mówi, że „kiedy zostanie prezydentem, to on tu zbuduje dzielnicę mieszkaniową”…  Ręce i gacie opadają.

Mało tego – wpadł na absolutnie genialny pomysł, by obok, w basenie portowym stał… „Dar Pomorza”, muzealny żaglowiec. I jakoś żaden z jego zwolenników nie szepnął mu: „Marcin, toć „Dar Pomorza” od zawsze tu stoi!”

Opowiadałem kiedyś, jak pokazałem słuchaczom oryginalną ulotkę z sierpnia ’80 z nazwiskami ekspertów MKS, wśród których nie było nazwiska L. Kaczyńskiego. Teoretycznie jest to materialny dowód na to, że nie był traktowany jako ekspert MKS. Nie przekonało to jednak zwolenniczki PiS. „ – A niech pan pokaże tę drugą, na której JEST jego nazwisko!” – i to był koniec dyskusji, bo siły mnie opuściły w obliczu objawienia się rzeczywistości równoległej.

Jaka więc jest szansa na rozmowę? Tym bardziej, że i źródła, z których czerpiemy informacje, my i oni, są bardzo od siebie odległe.

Zbliża się rocznica strajków sierpniowych. Czekam na nią niecierpliwie, ponieważ wierzę, że znów zostanę dokarmiony nową porcją historycznych rewelacji dotąd ukrywanych przed narodem. Ukrywanych przez wrogów, SB-ków i ich potomków, rzecz jasna.

Ciekawostka – od jakiegoś czasu ukazało się sporo (m.in. w sieci) zdjęć nigdy dotąd niepublikowanych ze strajków sierpniowych. Ucieszyłem się znalazłszy zdjęcie bramy, na której wtedy przyszło mi stać na warcie kiedy przyszła na mnie kolej.

Sęk w tym, że po dokładnych oględzinach doszedłem do wniosku, że to zdjęcie mogło zostać zrobione tylko przez PRL-owskie służby. Miejsce, z którego je robiono jest bowiem budynkiem WOP, a tam raczej „przypadkowy przechodzień” nie zaglądał, nie mówiąc już o tym, że w porcie samo noszenie aparatu fotograficznego było wówczas zakazane (granica).

Jak się okazuje – sporo mi jeszcze przyjdzie się nauczyć.

Jerzy Łukaszewski

Studio Opinii