Odczepcie się od „Lewego”!

Załóżmy teoretycznie, że nasi piłkarze docierają do finału tzw. Mundialu. Załóżmy, że w sześciu dotychczasowych meczach Robert Lewandowski strzela 15 goli. Nawet mimo przegranego ostatniego meczu, na rękach by go kibice nosili, pomniki mu stawiali, kandydować na prezydenta kazali. I nikt nie wypominałby mu zarabianych milionów…

Stało się jednak inaczej. A stało się, bo koledzy piłki mu nie podawali tak często, jakby chciał. Sam o tym mówił. Zawinił więc nie jeden z najlepszych, w mniemaniu wielu kibiców, piłkarzy Europy i świata, tylko inni. I nie trzeba teraz wyliczać, ile gościu zarabia więcej niż… Nieważne kto.

Hasła debilne tylko wymyślali…

To nie „Lewy” chodzi po firmach i oferuje swoje usługi, swoją twarz, sylwetkę i nie on żąda milionów za sprzedawanie siebie. To tzw. spece od marketingu wymyślili, że piłkarz ten właściwie nie ma już żadnego kawałka ciała na sprzedaż. I pewnie za lat czterdzieści, wykorzystując obecną sławę i wspomnienia o niej, będzie mógł również Viagrę reklamować. Teraz mu jakoś nie wypada, choć, gdyby odpowiednio zapłacili, to kto wie…

Niemiecki piłkarz z polskim paszportem – tak mówią o „Lewym” złośliwcy – nie jest najwyżej opłacanym piłkarzem w Europie. Chciałby więcej, ale klub, który ma o wiele większe pieniądze niż obecny, go nie chce. A za mniejsze pieniądze nawet w najsłynniejszym klubie przecież grał nie będzie.

Od kilkudziesięciu lat świat oszalał na punkcie piłki nożnej. Dlaczego. Nie mam zielonego pojęcia. A skoro świat to i Polska również, bo przecież niczym się od innych nie różnimy. Naprawdę? Otóż różnimy się i to bardzo. Założę się, że nikt, żaden dziennikarz, żaden najbardziej nawet zawiedziony kibic nie będzie wyliczał, ile to zarabia jakiś tam Ronaldo czy inny Messi. I ile razy więcej niż policjant czy lekarz. Ale Polacy inaczej nie potrafią.

Mógłby się w końcu zdecydować w której chce grać…

Nie jest winą „Lewego”, że tyle mu dziennie płacą i proponują mu udział w reklamach. To przemysł pod nazwą piłka nożna promuje takich ludzi. To przemysł ten dostarcza konsumentom towaru, za którym niektórzy wręcz szaleją i za który są w stanie zapłacić wiele więcej niż miesięcznie sami zarabiają. Choćby poprzez wyjazdy na imprezy w rodzaju jakieś tam Mundialu.

A skoro już są igrzyska, to tych najlepszych „gladiatorów” trzeba odpowiednio nagradzać. Przed wiekami nawet wolnością. Teraz w grę wchodzą jedynie pieniądze.

Fanem piłki kopanej nie jestem. Rzadko też mecze oglądam. Ale jeśli już, to do szału doprowadzają mnie sponsorskie bloki reklamowe. Zwłaszcza w wykonaniu firm państwowych. Sponsor reprezentacji, sponsor transmisji, sponsor meczu. Oczywiście państwo, poprzez swoje spółki, wspiera sport narodowy, jakim dla wielu jest piłka nożna. I pewnie dołująca finansowo telewizja narodowa nie wykupiłaby na wyłączność praw do transmisji Mundialu, gdyby nie zapewnienie, że zostaną one sfinansowane z dochodów uzyskanych na kibicach. A potem prezes tej samej telewizji może się pochwalić oglądalności na poziomie niebotycznym. Słowem tylko nie wspomni, że tylko on mógł mecze pokazywać.

Można mieć wiele zastrzeżeń do piłkarzy. Że nie chciało im się grać, że wylegiwanie się na basenach w towarzystwie przedstawicielek płci pięknej nie wpłynęło korzystnie na ich formę, że z nią nie trafili. Ale z pewnością nie można im zarzucać, że za dużo zarabiają. Są towarem na rynku takim samym, jak każdy inny. Skoro ktoś chce ich kupić, to kupuje. Widać ma na to pieniądze.

Swoją drogą nie jestem wcale dumny z faktu, że trener Nawałka uznawany jest za najbardziej stylowo ubranego trenera w Europie. Osobiście wolałbym, aby chodził w dresach, nawet w łachmanach, ale natchnął piłkarzy do gry, za jaką są opłacani. Bo wychodzi na to, że za wakacje w Sochi każdy z nich dostanie jeszcze dodatkową zapłatę.

Kto by tak nie chciał

JERZY WĄTŁY