Razem źle, osobno gorzej

„Zimna wojna” (główna nagroda za reżyserię na 71. Festiwalu Filmowym w Cannes) Pawła Pawlikowskiego to historia miłości, rozstań i powrotów opowiedziana poetycko, ale i z werwą. Nie przeszkadzają niedomówienia, liryka wyklucza dosłowność. Zachwyca dopracowany obraz potęgi uczuć pokazany na tle rzeczywistości komunistycznej Polski lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych ubiegłego wieku, z migawkami Paryża, zachodniego Berlina, Jugosławii.

„Zimna wojna” wzrusza. Temat niby wyświechtany, a jednak opowiedziany po mistrzowski, tak, jakby człowiek oglądał historię niespełnień i zawiłości ludzkich uczuć po raz pierwszy. I odczuwał jednocześnie własną tęsknotę za tym, czego już nie przeżyje. Scenariusz jest dziełem reżysera oraz zmarłego w ubiegłym roku Janusza Głowackiego.

Namiętność łącząca czterdziestoletniego muzyka, selekcjonera do zespołu pieśni i tańca oraz dziewczynę, która z impetem pokonuje konkurencję, pokazana jest w „Zimnej wojnie” oszczędnie. W filmie pada niewiele słów, tylko te niezbędne. Celne. „Ja bym bez ciebie nie wyjechała” – powie dziewczyna mężczyźnie po latach. On jej nie katuje, wypominając, że nie przyszła.

Joanna Kulig zachwyca mnie od lat naturalnością, w „Zimnej wojnie” wybucha talentem. Jej Zula – zmysłowa, sensualna, z charakterem –  jest przeciwieństwem spokojnego, melancholijnego, mało decyzyjnego Wiktora. Tomasz Kot pokazał w tej roli, jak na wielu tonach potrafi zagrać. Na genialną Agatę Kuleszę chodzę zawsze, Borys Szyc również pokazał klasę.

W filmie uwodzi też muzyka Marcina Maseckiego łącząca jazzowe aranżacje z motywami ludowymi.  Powiem szczerze: nie przepadam za ludową muzyką, ale będąc pod urokiem tego, co usłyszałam i zobaczyłam, nucę „Dwa serduszka”. Są inne niż mi znane. Są przejmujące, smutne i czułe.

Kiedy polska ekipa piłkarska przegrywa sromotnie na boiskach Rosji, tym bardziej cieszy sukces Pawła Pawlikowskiego i artystycznej ekipy „Zimnej wojny” – filmu o niemożliwość bycia razem, ale też osobno. Dwa tygodnie po premierze obejrzało „Zimną wojnę” 440 tysięcy  osób. To olbrzymi sukces frekwencyjny, wziąwszy pod uwagę, że nie jest to kryminał ani komedia romantyczna.

MARTA SZTOKFISZ