A propos… spotkania Kim – Trump

… zaczynam od wielokropka, bo jestem – jak niegdyś mawiano – zacukany. A jestem, bo to, czego świadkami był cały świat (a może i jego okolice…) we wtorek, 12 czerwca było według mnie wydarzeniem, które bez wahania porównam do lądowania człowieka na Księżycu.

Tam, 400 tys. km od Ziemi człowiek dokonał małego kroku, będącego w słowach amerykańskiego astronauty wielkim krokiem dla ludzkości. W Singapurze dwaj prezydenci dokonali małego kroku, który także może okazać się wielkim krokiem ludzkości. Dlaczego? A dlatego, że to spotkanie wydawało się mniej prawdopodobne niż lądowanie na Księżycu przed pół wiekiem.

Przypomnijmy sobie, że jeszcze nie tak dawno, już za prezydentury Donalda Trumpa – a przecież urzęduje on od niespełna półtora roku – nie brakowało histerycznych komentarzy po kolejnych próbach nuklearnych Korei Płn., że konflikt zbrojny wisi na bardzo cienkim włosku i to nie z południem, ale z USA. Pohukiwań z obu stron ludzkość nasłuchała się co nie miara. Z Pjongjangu rakiety miały wystartować lada moment, a Waszyngton zapowiedział północy „ostrą reakcją”, jeżeli Kim nie powstrzyma się przed kolejnymi próbami nuklearnymi. Na to Północ, że niech tylko „tchórzliwi Amerykanie” spróbują i pokazał nową rakietę, no to prezydent Trump w imieniu Amerykanów i całego postępowego świata zagroził Armagedonem. I nagle…

I nagle, jak grom z jasnego nieba pojawia się idea spotkania Kima z Trumpem. Wszystko toczy się w zawrotnym tempie, przy którym, porównując dyplomację w określonej sytuacji do hokeja, ten drugi okaże się gra w szachy. Padają propozycje czasu i miejsca… Do Pjongjangu leci Mike Pompeo, w Waszyngtonie pojawia się niby przy okazji Sesji ONZ wysłannik Kim Dzong Una. Świat dowiaduje, że obaj prezydenci spotkają się 12 czerwca w Singapurze…

Nawet wtedy zewsząd rozlegały się głosy powątpiewania. A gdy Trump rozsierdzony kolejnymi pohukiwaniami Kima poddał w wątpliwość sens spotkania, słychać było cos jakby – a nie mówiliśmy? I co? I jakby wbrew wszystkiemu i wszystkim Trump nagle wstaje od stołu obrad G7 w Kanadzie i… leci do Singapuru na spotkanie z Kimem. Uważam, że nawet dzisiaj, już po spotkaniu, po złożeniu podpisów na dokumentach to spotkanie podsumowujących wielu tzw. komentatorów i polityków szczypie się do bólu, chcąc się przekonać, że to co pokazują telewizje na całym świecie naprawdę się zdarzyło!

Bo to jest wydarzenie niezwykłe, niebywałe, zaskakujące, zdumiewające, zapierające dech… Nie wystarczy przymiotników, które mogą je opisać.

25 lat temu, 13 września 1993 roku Icchak Rabin w imieniu Izraela i Jasir Arafat w imieniu Organizacji Wyzwolenia Palestyny podpisali w Oslo porozumienie o wzajemnym uznaniu swego istnienia, które stało się fundamentem procesu pokojowego na Bliskim Wschodzie i było podstawa prawną istnienia Autonomii Palestyńskiej. To porozumienie rodziło się długo i w bólach, ale zaskoczeniem nie było. W następnym roku obaj politycy i Shimon Peres w uznaniu zasług dla kształtowani procesu pokojowego na Bliskim wschodzie zostali uhonorowani Pokojową Nagroda Nobla. To, do czego doszło w Singapurze jest podobne w swej wymowie, ale mimo to nieporównywalne pod każdym względem.

Tamtemu spotkaniu w Oslo sekundował cały świat zaciskając kciuki za jego sukces. Wokół singapurskiego spotkania panowała atmosfera niedowierzania, powątpiewania wokół tego, czy do niego w ogóle dojdzie. Myślę, że nie brakowało opinii, oczywiście tzw. off the rekord, czyli nieoficjalnych, w rodzaju „Tak… Spotkają się… Tu mi kaktus wyrośnie!”. Oj, wiele osób będzie się krępowało podawać rękę w obawie przed pokłuciem dłoni odwzajemniających uścisk. Oj, wiele…

Widać było, że obaj prezydenci byli sobą. Ani u Kima, ani u Trumpa nie widać było tremy, a zaskakując a mogła być nawet swoista swoboda obu przywódców. Trump panował nad sobą, będąc bardzo oszczędnym, a nawet hamującym się w kordialnych gestach (choćby chwytaniem prawicy interlokutora powyżej łokcia przy wymianie uścisków, co uczynił dwukrotnie, ale tylko na moment, uznając ten gest za niestosowny, albo przypominając sobie instrukcje protokołu). Kim natomiast nie robił problemu z mówieniem po angielsku, co było z jego strony gestem dobrej woli i tak zostało zrozumiane, choć zapewne przy rozmowach oficjalnych i roboczych tłumacze mieli co robić.

Pozostaje pytanie, co zawiera podpisany dokument? Myślę, że poza deklaracją kontunuowania procesu budowania wzajemnych stosunków i zapowiedzi kolejnych spotkań na szczeblu ministerialnym nie ma w nich wiele więcej, ale… Ale i to jest niebywale dużo. Wręcz niewiarygodnie dużo. Jeżeli obaj prezydenci choć trochę przekonali się do siebie, a wiele na to wskazuje, to Donald Trump może przejść do historii jako człowiek, który z piasku ukręcił bicz, a raczej bicz (w tym wypadku nuklearny) obrócił w piach… (MJZ)

One comment

  • yatsu

    Jedna drobna uwaga; Kim Jong Un nie jest i nigdy nie będzie prezydentem KRLD… tytuł ten jest pośmiernie zagwarantowany jego dziadkowi… poza tym zbyt wiele optymizmu…