Polecamy: Sándora Márai’a Dziennik 1957-1966

Podejrzewam, że w Polsce poziom wiedzy o literaturze węgierskiej jest na poziomie trochę przewyższający ten zerowy. Osobiście od niego nie odbiegam. Do minionej niedzieli pewnie na dźwięk nazwiska Marai, wzruszyłbym jedynie ramionami. Tak jak wielu innych.

Już sam życiorys Sándora Márai’a mógłby posłużyć za znakomity scenariusz filmowy. Wieczny tułacz, Węgier właściwie bez ojczyzny, gdyż tę swoja musiał na wiele lat, wielokrotnie opuszczać, właściwie wieczny emigrant.

Pierwszy raz uciekał z Węgier jako dziewiętnastolatek, po upadku Węgierskiej Republiki rad (1919). Sympatyzował z komunizmem, ale późniejsze lata całkowicie go do niego rozczarowały. Jak wielu innych zresztą i nie tylko Węgrów.

Po wieloletnim pobycie w Niemczech (poznawał również innego kraje europejskie) powrócił do ojczyzny pod koniec lat 20. ubiegłego wieku. Dość szybko osiągnął literacki sukces; jego utwory były tłumaczone na wiele języków europejskich. Przeszedł też duchową przemianę: za cel swoich wielu utworów oraz publicystyki wziął autorytarne rządy na Węgrzech; najpierw admirała Horthy’ego, a potem komunistów.

Z Węgier wyjeżdża w roku 1948. Tym razem już na stałe; nigdy do ojczyzny nie wraca.

Od 1952 Márai zamieszkuje w Stanach Zjednoczonych. Pracuje m.in. w Radio Wolna Europa. Bardzo przeżywa wydarzenie 1956 roku, leci nawet do Europy, ale szybko wraca do nowej ojczyzny. W 1957 roku otrzymuje amerykańskie obywatelstwo.

I właśnie praktycznie od tego momentu (plus kilka miesięcy wcześniej) rozpoczynają się zapiski Dziennika 1957-1966.

I jak to często bywa u ludzi na emigracji, często dożywotniej, nie jest to lektura łatwa i przyjemna. Cały czas, w tle, przebija odmienność kraju, w którym autorowi przyszło żyć. Może zachwycać się (ale bez przesady) otoczeniem, ale ludzi do końca nie rozumie. Przyjmuje, że Amerykanie na równi mogą fascynować się zmarłym radzieckim pieskiem okrążającym w rakiecie Ziemię, jak i wylewem urzędującego prezydenta. Ale do końca tego nie rozumie.

Dokuczają mu ostre nowojorskie zimy, wielokrotnie pisze o przeprowadzce Do znacznie cieplejszej Kalifornii, ale znacznie bardziej drażni go konsumpcjonizm Amerykanów. Choć z drugiej strony łatwość podróżowania, wyjazdów zagranice i powrotów do nowej ojczyzny przyjmował z zadowoleniem. Wolność, ta całkowita, to również dostęp do literatury całego świata właściwie bez żadnych ograniczeń. A dla prawdziwego odkrywcy, człowieka otwartego na intelektualną przygodę, nie ma nic bardziej wartościowego. I ze zdziwieniem dostrzega, że te wszystkie dobra właściwie interesują zaledwie garstkę Amerykanów. Dostęp do szeroko rozumianej kultury i możliwość obcowania z nią na co dzień stają się niemal ideałem wolności.

Nie może zrozumieć, dlaczego świat właściwie nie reaguje na wydarzenia na Węgrzech w 1956 roku. Świadomość, że jego pierwsza ojczyzna znajduje się właściwie na marginesie zainteresowania opinii publicznej nie jest łatwa. Ale trzeba z nią żyć.

Dziennik Márai’a jest bardzo osobisty,. Takim, jak może być dziennika człowieka skazanego na dożywotnia emigrację. Choć później mógł Na Węgry wrócić, nie zdecydował się na to.

A potem zacząłem zastanawiać się, dlaczego żaden ze znanych polskich emigrantów ostatnich dziesięcioleci, nie pokusił się o napisanie czegoś podobnego. A może i napisał, tylko jeszcze go nie znalazłem… Poszukam. Bo interesuje mnie to zestawienie. Nieznany mi zupełnie wcześniej Węgier i Polak. Takie spojrzenie „dwóch bratanków”…

JAKUB WYRWAŁ

Dziennik 1957-1966, Sándor Márai

Czytelnik