Bitwa Warszawska

Zaczęło się na dobre. Nie czekając na ogłoszenie terminu wyborów w szranki stanęli kandydaci PIS i Platformy Obywatelskiej, prowadząc agitację  mimo ostrzeżeń Państwowej Komisji Wyborczej, że stanowi to obejście prawa i naruszenie zasady równości wszystkich kandydatów.

Kolejny zły przykład instrumentalnego traktowania przepisów przez polityków wówczas, gdy w prawie wyborczym brakuje narzędzi wyegzekwowania zakazu takiej działalności.

Na pozór pierwszy zaczął kandydat Platformy Obywatelskiej, Rafał Trzaskowski. W rzeczywistości inicjatywę można przypisać kandydatowi Prawa i Sprawiedliwości, Patrykowi Jakiemu, którego wielomiesięczna działalność w sejmowej komisji reprywatyzacyjnej miała od początku na celu zdyskredytowanie zarządzanego przez Platformę warszawskiego samorządu i powiązanie jej kandydata na prezydenta Warszawy z nieprawidłowościami procesu reprywatyzacyjnego, co rodziłoby zagrożenie w postaci kontynuacji tej patologicznej, szkodliwej dla mieszkańców stolicy sytuacji.

Politycy Platformy najwyraźniej zdali sobie sprawę ze skumulowanych efektów takiej długotrwałej propagandy w świadomości wyborców i zdecydowali się na przeciwdziałanie, nacechowane próbą zdystansowania się jej kandydata od błędów dotychczasowej warszawskiej administracji i przeniesienia dyskusji na płaszczyznę merytoryczną. W tej taktyce, przyjętej przez Rafała Trzaskowskiego mieści się jednak, i słusznie, także uznanie dla niewątpliwych osiągnięć Hanny Gronkiewicz Waltz np. w dziedzinie infrastrukturalnych inwestycji i wykorzystania unijnych funduszy, usprawnienia komunikacji publicznej czy zbliżenia miasta do Wisły i  wielu cennych inicjatyw kulturalnych.

Kandydat PIS, wiceminister sprawiedliwości, Patryk Jaki za główne paliwo swej kampanii uznał przekręty w procesie reprywatyzacji mienia przejętego po wojnie na podstawie dekretu Bieruta oraz walkę z korupcją. Impet odważnego szeryfa osłabiła jednak spektakularna rejterada i rezygnacja jego obozu politycznego z próby zaspokojenia roszczeń w drodze ustawy reprywatyzacyjnej, której projekt, po protestach środowisk żydowskich i amerykańskich, trafił do zamrażarki, bez szans na szybkie, jak zapowiadano,  systemowe rozwiązanie tego zadawnionego problemu. Afera z nagrodami, będącymi zakamuflowaną formą wypłacania podwójnej pensji rządowym prominentom podważyła też wiarygodność deklarowanej woli rozprawienia się z korupcyjnymi praktykami w życiu publicznym.

Agitacja wyborcza Patryka Jakiego już na starcie przypomina kampanię wyborczą PIS z 2015 roku: pełno w niej obietnic i manipulacji. Kandydat zapowiada szybką budowę mostów, mimo że takie inwestycje wymagają kilku lat przygotowania, a ponadto: parkingi, żłobki itd., bez podawania źródeł finansowania, co jest szczególnie intrygujące w świetle zagrożenia dopływu funduszy unijnych i podważenia gwarancji dla inwestycji zagranicznych wskutek demolki niezależnego sądownictwa.

Kandydat uprawia mimikrę; udaje, że jest kim innym, niż jest w rzeczywistości: popiera in vitro, nie zakaże parady równości, będzie szanował różnorodność i otwartość oraz troszczył się o dobro wspólne wszystkich mieszkańców stolicy. Dbałość o ich interesy poparł happeningiem, stojąc pod znakiem jednodniowego zakazu parkowania dla innych pojazdów niż PO. Atoli wkrótce miało się okazać, że chodzi o  standardową procedurę, stosowaną przez służby porządkowe podczas marszów i demonstracji organizowanych w mieście przez partie polityczne. Podobne znaki stawiano z okazji miesięcznic i rocznic smoleńskich oraz innych manifestacji organizowanych przez PiS. Kandydat przełknął tę spektakularną klapę i przygotowuje nowe niespodzianki.

Obietnice, manipulacje: czy znowu naród to kupi?

Tak czy inaczej – na placu uwija się dwóch matadorów i rodzi się pytanie, czy znajdzie się miejsce dla kogoś trzeciego, jakiegoś kandydata spoza tego partyjnego duopolu?

Od pewnego czasu kwestię tę rozważa SLD, czego wyrazem stała się propozycja startu w wyborach na prezydenta Warszawy dla Andrzeja Celińskiego. To prawda, że w Polsce brakuje demokratycznej lewicy, a Celiński, ze swym solidarnościowym rodowodem stwarza szanse na poszerzenie  elektoratu (ograniczone jednak odmową partii Razem i innych ugrupowań nowej lewicy)  wystąpienia w jednym bloku wyborczym z SLD. W tej sytuacji prawdziwym dylematem jest pytanie o to, czy nie byłoby bardziej sensowne poparcie Rafała Trzaskowskiego mimo zniechęcenia do polityki zamkniętej w sferze dwóch prawicowych partii.

Wkrótce poznamy odpowiedź na to pytanie, będziemy też wiedzieć, kto zdecyduje się kandydować spoza układów partyjnych. Chodzi oczywiście o ruchy miejskie i różne obywatelskie organizacje, które, w przypadku uzgodnienia wspólnego kandydata, mogą wprowadzić ożywczy ferment do kampanii wyborczej, a w rezultacie wzajemnie wyniszczającej walki partyjnych nominatów, stworzyć przekonującą alternatywę samorządowej władzy dla Warszawy.

EUGENIUSZ NOWORYTA

Studio Opinii

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *