Wstawanie z kolan

Ważną częścią składową ideologii kaczyzmu (termin Bronisława Łagowskiego) są język i symbolika religijna. Wszak wszystko zaczyna się od wyrażenia prawo i sprawiedliwość, które w Piśmie św. można znaleźć kilka razy. Na taką nazwę partii mogli wpaść albo religijni neofici, albo polityczni cwaniacy, którzy religię i wiarę traktują w sposób instrumentalny.

Skoro w kraju szerzy się bezprawie i niesprawiedliwość, trzeba dokonać terminologicznej rewolty; była dobra nowina (Ewangelia) – my dokonamy dobrej zmiany. Do narodu przykościelnego, który nie myśli, lecz żyje wyłącznie emocjami, najłatwiej dotrzeć przy pomocy frazeologii religijnej. Była premier, zanim dostał się ten urząd, zapowiedziała, że trzeba będzie zająć się wiarą Polaków

Zadawałem sobie pytanie, jak osoba świecka będzie się zajmować wiarą narodu? Tymczasem była to zapowiedź polityczna, nie religijna.

Potem wszystko poszło z górki; były – wypominanie bezbożnictwa inaczej myślącym, miesięcznice smoleńskie, w których modlitwa mieszała się z obelgami i złością (demonstrowaną tuż po przyjęciu komunii św.), hołdownicze wizyty polityków w Toruniu u rodzimego Beliala, święcenie i kropienie wszystkiego, co się da (Miłosz, po powrocie do Ojczyzny, nie mógł się temu nadziwić); otaczanie się klerem wszelkiej maści i hierarchii, celebrowanie ‘opłatków’ i ‘jajeczek’, klerykalizacja kultury, literatury, sztuki; religijne obrzędy na zamówienie kibolstwa, narodowców i rodzimych faszystów, jasnogórskie zjazdy i zloty z banerami pełnymi nienawiści…

Co tu jeszcze dodać? Może – nie lękajcie się (fragment apelu Chrystusa do uczniów), którym prezes partii zakończył ostatnią konwencję, ostrzegając wcześniej swoich zwolenników – nie będzie zmiłowania.

Pozbawieni ideowego słuchu przedstawiciele ‘starych elit’ głosili przez lata, że Polacy to naród aideologiczny, czyli odporny na wszelkie -izmy. Dowodem miały być lata PRL i rzekomo powszechny opór przeciw komunie. Tymczasem – wedle statystyk – opozycjonistów była garstka, podobnie jak tych, co walczyli z okupantem. Władysław Bartoszewski przypominał wiele razy, że liczba uczestników podziemia nie przekraczała jednego procenta populacji!

W każdym państwie większość obywateli nastawiona jest na przetrwanie, a nie na walkę z tą czy ową władzą. Wszak tuż po transformacji i obaleniu ‘rządów komunistycznych’ do łask wróciła partia Leszka Millera…

Poza tym Polacy zawsze mieli upodobania do rządów typu ideolo; świadczą o tym: demokracja szlachecka, druga Rzeczpospolita, PRL oraz czwarta, czyli obecna. Zmieniały się tylko barwy, hasła i symbole. Dziś nie obowiązuje kolor czerwony, lecz biało-czerwony; nie ma już pięcioramiennej gwiazdy, sierpa ani młota – jest krzyż; wszak jesteśmy narodem, który wydał papieża…

Wyrażeniem najczęściej powtarzającym się w narracji politycznej PiS jest wstawanie z kolan. Kiedy człowiek jest na kolanach, znaczy to, że się modli; inne powody takiej pozycji są rzadkie. Bycie na kolanach świadczy o religijności, wierze. Jest wyrazem kontaktu z Bogiem, z którym istota ludzka czuje więź; klęcząc, demonstruje pokorę i szacunek. Bycie na kolanach może też być wyrazem stanu emocjonalnego człowieka, jego podziwu, zachwytu, uniesienia, zasłuchania w głos Jahwe – jak na obrazie Mały Samuel angielskiego malarza Reynoldsa  z 1776 roku.

Kiedy się wstaje z kolan, znaczy to, że modlitwa jest zakończona, a człowiek ze sfery sacrum wraca do profanum – najczęściej do zwykłych zajęć codziennych. Życie chrześcijanina jest rozpięte między dwoma biegunami – modlitwą i pracą, co najlepiej oddają słowa: Ora et labora módl się i pracuj! Modlitwa, zwłaszcza na kolanach, powinna więc uzdatniać człowieka do lepszego życia, do pracy nad sobą, bliźnimi, otoczeniem… Bywa wtedy swoistą creatio continua, czyli naszym własnym wkładem w dzieło stworzenia, które zapoczątkował Bóg.

Tymczasem wstający z kolan Polacy złorzeczą współrodakom i obcym, grożą, oskarżają wszystkich wokoło, wypominają krzywdy sprzed dziesięcioleci, licytują się w cierpieniu, prężą muskuły, krzyczą, że ich nikt nie docenia, ani nie rozumie, a przecież są najlepszym spośród narodów europejskich, starym i zasłużonym (zwłaszcza dla demokracji!).

Są też ostatnim narodem mesjańskim, który ma rechrystianizować pogańską, zdegenerowaną Europę, upokarzającą nas przez to, że: łoży na budowę naszych autostrad, pomaga restaurować nasze kościoły, domy kultury, naszą podupadłą kolej; ba – współfinansuje remonty: szkół, szpitali, stadionów, a nawet placów zabaw dla dzieci (wyliczam wszystko na podstawie ogólnodostępnych tablic informacyjnych). Wszak Unia Europejska to bezbożny złoty cielec, gnębiący nas od lat i wypominający, że nie przestrzegamy jakichś abstrakcyjnych  zasad. Najlepiej, jak się rozpadnie, wtedy zabierzemy swoją część rozbitego monumentu…

W kontekście takiej – zadziwiającej świat – narracji pojawia się pytanie, dlaczego naród polski, demonstracyjnie wstając z kolan, zachowuje się tak nie po bożemu?

Odpowiedzi są dwie: primo – klęczeliśmy przed niewłaściwym bogiem, secundo – czas z tym skończyć, bo my, Polacy mamy swoje wartości i własnego boga. Nie jest to jednak trójca przenajświętsza: Bóg Ojciec, Syn Boży i Duch święty, którą wyznaje ponad miliard ludzi na świecie. Nasz bóg jest polski, narodowy. Jego najwyższym kapłanem jest prezes, który ogłosił własną religię polityczną i celebruje ją wraz z członkami ‘zakonu’, aktualnym prezydentem, rządem i administracją państwową, wykorzystując do tego ceremoniał i sztafaż tradycyjnej wiary. W tej nowej sytuacji wyznaniowej Kościół rzymsko-katolicki, za sprawą którego dawno temu przyjęliśmy chrzest, powoli kończy misję w naszym kraju; wszak spora część jego wiernych i episkopatu już dawno wybrała nieformalnego prymasa z Torunia…

Słowo religio na polski tłumaczy się jako więź; pytanie między kim a kim? Tradycyjna odpowiedź brzmi – między Bogiem a człowiekiem. Nasza rodzima, polska religia zaczyna ewoluować w stronę więzi plemiennej, która była cechą charakterystyczną barbarzyńców i pogan.

JS

Studio Opinii