Naczelnik tupnął nogą…

I zadziało się. Wspierał swoją protegowaną premier, kiedy ta publicznie krzyczała, że: premier się należą. Nie przewidział (choć jest – według niektórych – najwybitniejszym politycznym rozumem w naszym kraju), że suwerenowi bardzo się to nie spodoba. A kiedy już do niezbyt pojemnej główeczki dotarło, że kilkudziesięciotysięczne nagrody są be, nakazał zwrot tych pieniędzy.

Właściwie nie zwrot. Czyli nie trafią one z powrotem do kasy, z której zostały one wydane, czyli do kasy, na którą składa się tzw. suweren, ale do katolickiej charytatywnej organizacji. Oznacza to obejście prawa, bo przecież w budżecie nie można zapisać, że kilkaset tysięcy trafia do jednej z wielu instytucji charytatywnych.

Naczelnik się ocknął. Po tym jak w tzw. sondażach, które kiedyś uważał za nic nieznaczące, okazało się, że wynik wyborczy sprzed dwóch lat poszedł w powietrze. Ciśnienie pewnie mu znacznie skoczyło, serduszko gwałtownie zapukało, a umysł (jaki by nie był) zadecydował, że trzeba obietnice sprzed dwóch lat spełnić: do władzy nie idziemy dla kasy. On pewnie nie, ale on jest jedyny.

Nagrody się należą mnie, mojemu mężowi, mojemu synowi, moim ministrom, moim wszystkim przydupasom… I wara!…

Premier wykrzyczała publicznie, że kasa dla niej i dla jej przydupasów się należy. Teraz powinna odszczekać: nie należy się, a więc przekażemy ją Kościołowi. Ale nie doczekamy się. Może i zarabiać wiele nie muszą, ale odszczekiwać z pewnością nie umieją.

Naczelnik poszedł nawet dalej. Premie się nie należą (dał w ten sposób swojej niedawnej faworycie prztyczka w nos), ale jako poseł sam też zarabia za dużo. Plus emerytura oczywiście. A więc (wiem, tak zdania się nie zaczyna), trzeba obciąć pensje posłom. Jak ładnie to będzie brzmiało, jak ładnie suweren to przyjmie. Niedługo kasjerka w Biedronce będzie miała pensję tę samą, co poseł. I o to chodzi.

Ale to mało. Przecież wojewodowie, prezydenci miast, burmistrze, sołtysi też zarabiają za dużo. I racja. Bo przecież w Polsce nikt do władzy nie dąży dla pieniędzy. Ci, którzy starają się o wyborcze zwycięstwo, to najczęściej sami milionerzy i ludzie, którzy już w życiu się dorobili.

Następnym krokiem Naczelnika, pewnie przed wyborami parlamentarnymi, będzie nakaz, aby posłowie i senatorowie pracowali za darmo. Z pewnością w ten sposób znajdzie setki tysiące chętnych do kandydowania z ramienia jego partii.

Można oczywiście spodziewać się, że im bliżej będzie wyborów parlamentarnych, tym jeszcze dalej pójdą ciecia finansowe dla wybrańców Naczelnika. Pewnie będą musieli nawet dopłacać.

Na przykład chcesz być premierem, to ile jesteś w stanie miesięcznie wkładać do kasy budżetu. 10 tysi? A może 20? Im więcej, tym większe masz szanse na stanowisko. Dla ministra limit może być ustawiony na poziomie 6 tysięcy.

Gorzej z posłami, bo ci prócz pensji mają jeszcze tzw. diety. Na dodatek nieopodatkowane. Teraz to jest 30 tysięcy. Podobno, aby znaleźć choć ze trzystu chętnych do startu w wyborach parlamentarnych, kwota ta ma zostać podniesiona do 60 tysięcy. Czyli tu stracisz, ale tam zyskasz wielokrotnie.

I proszę znaleźć kandydata na prezydenta miasta lub burmistrza, który będzie pełnił to zaszczytne stanowisko za marną pensję kasjerki w Biedronce.

Ale przecież po władzę nie idzie się dla pieniędzy. Czy ktoś w to w ogóle jeszcze wierzy?

JEREMI WARTEK