Będąc pacjentem młodej lekarki…

Budzę się rano. Oko jak balon; powieka przypomina pęcherz napełniony wodą. Nic nie widzę. Zachodzę do swojej przychodni rejonowej z jednym tylko pytaniem: czy pomogą? Oczywiście, najbliższy termin: 14 maja.

Dokąd mam więc jechać? Do szpitala NN, bo tam jest dyżur i mają dużo lekarzy. Dobra, wyprawa na drugi koniec miasta, ale trzeba…

PACJENCI

Godzin 12. Zapowiada się nieźle. W kolejce tylko siedem osób. Wytrzymam. Po niecałej godzinie przychodzi pielęgniarka i wzywa lekarkę na oddział.

Przychodzi rejestratorka i mówi, że teraz musimy przenieść się pod inny gabinet. Przenosimy się.

Godzina 14. Niektórzy zaczynają tracić cierpliwość. Pacjentów przybywa, bo to niby ostry dyżur. Jeden, co prawie nic nie widzi. Innemu leje się z oka jakaś maź. Jeszcze inny („na oko”, co brzmi paradoksalnie) jakiś trzydziestoparolatek z mamusią, która cały czas go uspokaja.

Godzina 16. Wróciła lekarka. Fajnie, przyjęła dwóch pacjentów i do gabinetu wdziera się jakaś pielęgniarka. Wychodzą obie, bo na oddziale pacjentka zemdlała.

Godzina 17. Właściwie to nie ma na co narzekać. Przecież rejestratorka od razu powiedziała, że trzeba będzie czekać kilka godzin. Doświadczona, nie od dziś pracuje w rejestracji.

Godzina 19. Lekarka wróciła. Trzeba się chyba tylko modlić, aby na oddziale nikt nie stracił przytomności, albo się nie zsiusiał, bo znowu ją wezwą. Przyjmowanie pacjentów idzie bardzo sprawnie. Tzn. ten z mamusia musi iść na USG oka, które zrobi mu lekarka. Wracają po 40 minutach. Opisywanie wyniku i wypisywanie skierowania na operację to kolejne 20 minut.

Godzin 20. Kolejny pacjent tylko 30 minut. Następny to najbardziej zrzędzący gościu, który czeka już pod 12-tej. Badanie, kropelki i ma poczekać. Potem jeszcze jeden i w końcu: JA! Cóż za radość! Po DZIEWIĘCIU godzinach oczekiwania na ostrym dyżurze okulistycznym wchodzę do gabinetu

LEKARKA

– Niech Pan zobaczy. Ten staruszek trafił tu od internisty, który napisał: „Pacjentowi osłabił się wzrok, co spowodowane jest skokami ciśnienia”. Co za debilizm! Pacjent ma 90. lat i pierwsze, co powinno przyjść na myśl temu konowałowi, to zaćma! Trafił tu właściwie w ostatniej chwili, bo za chwilę w ogóle przestanie widzieć.

Lekarka instruuje przy mnie pacjenta, że ma się natychmiast zapisać na zabieg. Może będzie już za rok.

– Pani Doktor, a nie da się szybciej?

– W Polsce nie. U nas jest i tak najszybciej. Gdzie indziej będzie Pan musiał czekać 2-3 lata. Albo zagranica. W Czechach robią prawie od ręki. A NFZ zwraca.

– To co mam zrobić?

– Pana wybór, Pana decyzja. Ale przypominam, że za chwile może Pan w ogóle nie widzieć.

Wychodzi.

– Za pół roku kończę specjalizację i wyjeżdżam.

– Pani Doktor, proszę tego nie robić.

– A co mnie tu czeka? Na specjalizacji muszę brać 10 dyżurów miesięcznie. Dyżur to oddział i izba przyjęć. 24 godziny. Góra, dół, góra, dół. Zresztą sam Pan widzi.

– Nie ma lekarzy?

– Za takie pieniądze? Żartuje Pan…

– Dyżury są płatne…

– Tak, 300 zł. W miesiącu nawet ładnie to wygląda – 3 tys. więcej. Ale w roku uzbiera się tego razy 12. I przy rozliczeniu podatku okazuje się, że większość trzeba oddać.

– Ale dlaczego Pani pracuje góra-dół, oddział-izba?

– Bo jakiś debil, przepraszam, w ministerstwie tak sobie wymyślił. Nie ma pieniędzy, więc orze się w robiących specjalizacje. Bo my  nie mamy wyjścia. Znaczy się mamy. Odrobimy swoje, a potem wyjeżdżamy. Już mam prawie podpisany kontrakt. Muszę tylko skończyć specjalizację. Praca na osiem godzin dziennie i święty spokój.

– Pani Doktor, a kto tu zostanie? Kto będzie nas leczył?

– Niedługo już nikt…

Lek zadziałał. Po dwóch dniach opuchlizna zeszła na tyle, że mogłem pokazać się na mieście. I nikt nie zadawał głupich pytań, na którym komisariacie dostałem po ryju…

JANEK WAKOT

One comment

  • Pac(jent)

    Od lat obserwując naszą tzw. służbę zdrowia utwierdzam się w przekonaniu, że i owszem, chodzi o pieniądze ale przede wszystkim o to, że w tzw. służbie zdrowia nikt nie myśli o chorym. Kiedyś dobry mój znajomy, „będąc młodym lekarzem” stwierdził: lekarz to bardzo fajny zawód, cieszący się dużym szacunkiem w społeczeństwie…, tylko po cholerę ci chorzy, oni tylko przeszkadzają!!!! W wielu przypadkach wystarczy tylko „chcieć pomyśleć”. Taki przykład: żona robiła badania w szpitalu, aby je zrobić trzy podejścia do trzech różnych rejestracji (zero informacji). Po dwóch tygodniach zgłaszam się po odbiór badań a tam słyszę – wcześniej trzeba się zarejestrować, inaczej nie wydamy! Na szczęście nie dałem się spuścić ze schodów i po dłuższej utarczce słownej – otrzymałem, nawet nic nie kwitując. Podejrzewam, że w kolejkach do rejestracji przynajmniej połowa jest takich, którzy wogle tam nie powinni stać!!!!