Posłem być…

Powoli staje się to marzeniem milionów. Jakżeby inaczej, skoro niewiele trzeba się narobić, aby naprawdę sporo zarobić. Inni muszą tyrać, nawet w niedziele, a cwaniacy z namaszczenia suwerena (to teraz takie modne określenie narodu) na talerzu dostają instrukcje do skubania budżetu na potęgę.

Poseł dostaje kilkanaście tysi miesięcznie na tzw. swoje biuro. Niby poselskie. Z kasy tej opłaca m.in. czynsz za lokal, ale przecież może to być np. mieszkanie członka rodziny, nawet jego własne przepisane na dziecko. Opłaca pracowników tzw. biura, ale przecież mogą to być członkowie rodziny, czy ewentualnie, w przypadku jej braku (a nawet kiedy ona jest) kochanka lub kochanek. Do tego rozliczane są wszelkie wydatki biura na tzw. dobra materialne (sprzęt) oraz konsumpcyjne. Przecież gości swoich, tzw, petentów, czyli przedstawicieli suwerena (kiedyś narodu) nie będzie podejmował o „suchym pysku”. I w dodatku bez ciasteczek.

Teraz jeszcze ma dojść dodatkowa kasa za ochronę biura. Podobno kilkudziesięciu synów i kuzynów wybrańców narodu ukończyło właśnie kursy ochroniarskie. Bo najlepiej jak kasa zostanie w rodzinie.

Poseł dostaje tzw. ekwiwalent za przejazdy samochodem. Niekoniecznie swoim. Może być nawet cudzy. I nieważne w ogóle, czy w ogóle ma się prawo jazdy. Ważne, żeby za rozliczenie kilometrów zwrócili. A nawet jak zwrócą, to dorzucą do tego jeszcze za rachunki za taksówki. Limit właściwie nieograniczony. Kolejne kilkanaście (albo i kilkadziesiąt) tysięcy rocznie.

Do tego telefony. Wiadomo poseł dzwonić musi. I z aplikacji korzystać też. Nudne te posiedzenia parlamentu jak „flaki z olejem”, w dodatku instrukcje do głosowań rozdawane zawczasu, więc te kilka godzin siedzenia trzeba jakoś zabić. Czasem dosłownie, w jakiejś modnej strzelance.

Poseł przyjezdny może oczywiście w czasie wizyty w Warszawie korzystać z Hotelu Sejmowego. Oczywiście nieodpłatnie. Ale może również wynająć w stolicy mieszkanie. Może się tak zdarzyć, że wynajmie je od członka dalekiej rodziny lub kochanki/kochanka. Za wszystko i tak zapłaci suweren, czyli wiadomo kto.

Ten natomiast poseł, który od czasu do czasu z rodziną się spotyka, nie musi wcale martwić się o transport do stolicy. W kierunku powrotnym również. Podróż pierwszą klasą pierdolino ma swoje zalety. Jeszcze większe lot samolotem. Oczywiście w obie strony. Zwłaszcza kiedy znowu za bileciki płaci suweren (czyli naród).. No chyba że jest się posłem szczególnej troski suwerena, to wtedy ma on do dyspozycji wojskowa taksówkę powietrzną, bo przecież piloci muszą latać. A że w tym samym czasie żołnierze wynajmują prywatne samoloty, to małe piwo. I tak zapłaci za wszystko suweren (czyli my).

Nikogo więc chyba nie dziwi, że przeciętny poseł, skoro już raz złapał się na partyjną listę kandydatów i został w końcu wybrany przez suwerena (czyli nas) na cztery lata obijania się, będzie rękoma i nogami bronił się przed pozbawieniem tych wszystkich przywilejów. Czyli będzie klepał największe nawet głupoty, aby tylko przypodobać się temu (lub tym) którzy za chwilę będą listy kandydatów na kandydatów układać.

W ramach socjologiczno-psychologicznego eksperymentu zaproponowałbym, żeby posłowie swoją jakże zaszczytną funkcję wykonywali społecznie, za darmo. Wtedy chyba nawet z łapanki tych kilkuset stołków nie dałoby się zapełnić.

JAROSŁAW WAKARY