A Propos… Mój Marzec 68’

W marcu 68′ miałem 15 lat i pamiętam, że w moim koleżeńskim otoczeniu w szkole, w klubie sportowym, na podwórku w większości zazdrościliśmy tym, którzy musieli wyjechać ze swoimi rodzicami. Oczywiście, było nam przykro i smutno, że lubiani koleżanki i koledzy w tak nagły i dla wielu z nas na skutek kompletnie niezrozumiałego zbiegu zdarzeń musi nas opuścić, wyjeżdżając na stałe, co było szczególnie dziwne…

No bo jak to? Na stałe? Na Zachód? W krainę dżinsów i coca-coli? A dlaczego ja/my, pozostali, nie możemy wyjechać? Dlaczego moim/naszym rodzicom nie pozwolono na taki wyjazd? Bodaj dwa lub trzy lata wcześniej podczas urlopu spędzanego nad Bałtykiem wspólnie z rodziną serdecznego przyjaciela mojego taty słuchałem wieczornych rozmów rodziców i ich przyjaciół, w trakcie których po raz pierwszy usłyszałem, że owi przyjaciele najpewniej wyjadą na stałe za granicę. Jak mi później wyjaśnili rodzice, oni zdecydowali się wyjechać bo byli „gruzińskimi Żydami”…

Mając 12, 13 lat myślę, że niewiele rozumiałem z przyczyn ich decyzji, ale gdy w 68′ miałem lat 15 znacznie lepiej zdawałem sobie sprawę z tego, co się dzieje. Tak więc, po pierwsze odczuwaliśmy pewien rodzaj zazdrości, po drugie – od kolegów i koleżanek słyszałem, że rodzice wielu też wyrażali coś w rodzaju żalu, że „oni mogą, a my nie”. Jak pamiętam tamten czas, to w domach koleżanek i kolegów (a wtedy odwiedzaliśmy się permanentnie) słyszałem pełne zasmuconego zdumienia pytanie DLACZEGO? ŻE ŻYDZI? I CO Z TEGO? ALE TO NORMALNI LUDZIE, SYMPATYCZNI SĄSIEDZI…

Nigdy też, może jeden jedyny raz usłyszałem od któregoś ze szkolnych kolegów, że „bardzo dobrze, że wyjeżdżają, bo to Żydzi”. A na reakcję, że przecież gramy razem w piłkę, że „daje ściągać z fizy” pamiętam jego odpowiedź: No tak, gra fajnie, ale to przecież Żyd… Na to jeden z kolegów rzucił: A ty jesteś rudy! (bo faktycznie był i to wyraziście rudy) I na tym „kwestia” żydowska w moim koleżeńskim środowisku się skończyła…

W ciągu następnych lat wielokrotnie sam wspominałem i byłem świadkiem wspominków innych, że „a pamiętasz Xa”, ” szkoda, że Y wyjechał” , „ciekawe, co Z by teraz zrobił…” Były to zawsze reakcje podszyte refleksyjnym zasmuceniem, NIGDY przy takiej okazji nie zetknąłem się z głosem satysfakcji, wynikającym z tego, co się stało…

W latach studenckich (lata 70. XX w.) miałem bardzo bliskiego kolegę… Po studiach wyjechał na Wybrzeże. Kontakt stale utrzymywaliśmy. Gdzieś w końcu lat 90. przy okazji jakiegoś spotkania tenże znajomek nagle, chcąc podkreślić swoją argumentację mówi: Wiesz, bo ja jestem Żydem… Osłupiałem. I co – odparłem. – Czy to znaczy, że jesteś lepszy czy gorszy ode mnie? Zorientował się, że palnął, że to NIGDY nie miało znaczenia, że jego żydostwo i moje gojostwo po prostu NIE istniało w naszych relacjach… Wiele razy zastanawiałem się dlaczego tak wtedy powiedział, o co mu chodziło? Kilka razy go o to pytałem. Poza „a tak mi się powiedziało…” i machnięcia ręką nie było innej odpowiedzi…

Marzec to jeden z trudnych polskich miesięcy. Mamy w kalendarzu takich miesięcy kilka. Byłem na Dworcu Gdańskim, odprowadzałem dwójkę moich szkolnych kolegów z ich rodzinami. Było drganie podbródków, uściski, ale i słowa: będziesz miał/a fajnie… Jedno było widoczne, pewien paradoks, że im trudno było wyjeżdżać, a my im zazdrościliśmy tego, czego oni wcale nie chcieli… Ot, życie…

(MJZ)