Dobra zmiana w pamięci

Oszczędź nas matko Historio, bo dzieci twoje nie wiedzą, co czynią – chciałoby się powiedzieć narodowym oszołomom, którzy znowu zaczynają igrać z narodową pamięcią. Zdawało się, że hitlerowska i stalinowska paranoja skutecznie wyleczyła narody, przynajmniej wschodniej Europy, z wybielania starych grzechów po to, żeby „moje” było na wierzchu. A tu nie: i u nas i za naszymi granicami, wszędzie wyrastają te same chwasty – w kolejnych pokoleniach odżywają legendy o tym, jacy „my” byliśmy fajni, jacy „oni” byli straszni i że czas najwyższy się rozliczyć.

Sięgnęłam do Czesława Miłosza, bo przypomniałam sobie, co pisał w swoich „Wyprawach w dwudziestolecie”. Na podstawie dokumentów historycznych, a nie resentymentów narodowych czy rodzinnych, pokazał na jednym lwowskim poletku, że lepiej było stare grzechy zakopać głęboko niż się z nich rozliczać. Przypomnę trochę faktów historycznych.
Rozpad monarchii habsburskiej po pierwszej wojnie światowej doprowadził do wojny polsko–ukraińskiej. W Galicji wschodniej ze stolicą we Lwowie żyło niespełna 40 procent ludności polskiej. Skupiona była głównie w samym Lwowie, bo już za rogatkami zaczynała się ukraińska prowincja, a tam język polski przegrywał z ukraińskim i z jidysz.

W październiku 1918 roku Ignacy Daszyński mówił w parlamencie wiedeńskim, że „żadna sprawa między narodami nie może być rozwiązywana wg interesu tylko jednego narodu” a 1 listopada ukraińskie pułki, korzystając z zamieszania, opanowały miasto Lwów. Walki trwały blisko miesiąc, wtedy też narodziło się pojęcie „orląt lwowskich”, bo włączyła się do walki polska młodzież szkolna. Skończyło się polskim zwycięstwem po paru tygodniach, kiedy z odsieczą przyszły posiłki wojskowe z Krakowa.

Radość, z jaką ludność polska witała to zwycięstwo, szła w parze z rozpaczą ludności żydowskiej przerażonej pogromem w tym samym czasie. Pogrom był dziełem, jak to określała prasa polska „szumowin lwowskich” za to, że Żydzi trzymają z Ukraińcami. I tak się toczyło dołączanie ziem wschodnich do macierzy – która nacja dochodziła do głosu, odgrywała się na poprzedniej.

– Kiedy miasta w Galicji wschodniej poddano pod zarząd komisarzy ukraińskich, zamykali oni polskie szkoły na wsiach – relacjonował w lipcu 1919 roku w polskim sejmie poseł Jan Zamorski. – Polakom w miastach odmawiano korzystania z aprowizacji, Ukraińcy rabowali dwory, hańbiono i okradano kościoły. Spalono kilkaset gospodarstw polskich, bandy ukraińskie strzelały do mężczyzn, gwałciły dziewczęta.

Poseł przytaczał udokumentowane fakty, ale i strona ukraińska nie pozostała dłużna. Wystosowała do Ligi Narodów memoriał z donosem o tym, jak się zachowywała administracja polska po zajęciu przez nią Lwowa. Ukraińcy donosili, że rząd polski usunął zaraz wszystkich cywilnych urzędników ukraińskich, a większość z nich aresztowano bez procesu jako wrogów Rzeczpospolitej. Wymieniają liczne miejsca internowania Ukraińców, podpalane ukraińskie wsie, zrabowane cerkwie. Ukraińcy skarżyli Polaków za likwidowanie ukraińskich gazet, zamykanie ukraińskich szkół, zakazywanie zgromadzeń itp.

O krzywdach ukraińskiej ludności mało kto wiedział w centralnej Polsce. Na użytek szerokich mas mocarstwowa Rzeczpospolita chwaliła się raczej sukcesami na tych ziemiach.
Warto to sobie przypominać, kiedy znów odrastają nacjonalistyczne chwasty. Pamięć ludzka jest bardzo elastyczna, można z niej wyciągnąć to, co jest akurat przydatne. Pamięć o paskudnym zachowaniu wielu Polaków w czasie eksterminacji narodu żydowskiego przez okupantów niemieckich nie jest obecnym władzom polskim potrzebna, przeciwnie szkodzi polityce historycznej, jaką chce uprawiać. Tylko że ta pamięć jest ciągle żywa. Nie umarli jeszcze wszyscy świadkowie tamtych lat. Grzechy polsko-ukraińskie z początków ubiegłego wieku są już tylko zapisane w dokumentach. Ale grzechy Polaków, którzy pomagali Niemcom „rozwiązać kwestię żydowską” w czasie drugiej wojny światowej, pozostają w pamięci żyjących jeszcze ludzi.

Za wcześnie gorliwcy od „poprawiania” historii chcą z niej czerpać dla siebie zyski – karać niewygodną pamięć i przerabiać fakty tak, żeby służyły dobrej zmianie. Nie ma jednej prawdy o tym dramatycznym okresie w naszych dziejach – są przykłady chwalebnych, bohaterskich postaw rodaków w obronie Żydów przed hitlerowcami, ale jest też, niestety, więcej wspomnień tragicznych, także wstydliwych. Te pierwsze chcemy pamiętać, przekazywać dzieciom w szkołach itp. Te drugie chcemy pomniejszać, wymazać z historii, najlepiej zapomnieć. Ale po co? Przecież są i będą przekazywane z pokolenia na pokolenie. Są spisane w książkach, żyją w rodzinnych wspomnieniach. Nie da się ich wymazać, a już na pewno nie groźbami.

Więc po co takie głupie groźby, w dodatku pieczętowane naszym orłem w koronie?

Odpowiedź nasuwa się przykra – to miał być kolejny prezent przedwyborczy dla elektoratu. Głównie własnego. Każdy lubi słuchać, że jest szlachetny i także rodowód ma szlachetny. A zwłaszcza ci lubią, którzy sumienia mają nie całkiem czyste. Władza chciała przed wyborami zapewnić rodaków, że w historii też jest dobra zmiana –– co przodkowie robili, to robili, ale historii nie damy sobie oszpecić. Naszych zamordowanych Żydów czcić będziemy niczym nieskalaną pamięcią.

AGNIESZKA WRÓBLEWSKA

Studio Opinii

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *