Owacja na stojąco przez 45 minut

O historii „Kolędy nocki” rozmowa z Wojciechem Trzcińskim, wybitnym kompozytorem, aranżerem, pianistą i dyrygentem. Twórcą wielu ponadczasowych przebojów polskiej piosenki, jak chociażby „Małe tęsknoty”, „Odpływają kawiarenki”, „Jak minął dzień?”, „Staruszek świat”.

 

Skomponowana przez pana legendarna „Kolęda nocka” powinna być, moim zdaniem, postrzegana w kategoriach dzieła narodowego, gdyż jest wybitnym znakiem tamtego czasu. Czy może pan opowiedzieć historię powstania tego oratorium?

– No, jest pan bardzo miły… Historia zaczyna się w roku 1980. Przyjaźniłem się wtedy z reżyserem Krzysztofem Bukowskim, pierwszym mężem Haliny Frąckowiak. Bardzo dobrze nam się wcześniej pracowało przy wspólnych projektach, m.in. przy „Oratorium na dzień dzisiejszy” w którym Krzysio Kolberger grał główną rolę.

Przyjrzałem się w owym roku twórczości Ernesta Brylla pod kątem stworzenia jakiegoś dzieła słowno-muzycznego i powiedziałem do Krzysztofa: „wiesz, on jest niezwykle współczesny, to jest jedyny poeta, który pisze o Polakach, o naszych cechach, o naszych wadach i zaletach bardzo współcześnie, choć jest to odrobinę schowane za ten jego lekko archaizujący język!”. Pojechaliśmy razem do Brylla, którego już wtedy nie wydawano, cenzura już zatrzymywała jego tomiki poetyckie. Wyjaśniliśmy mu, co chcemy zrobić i poprosiliśmy, żeby był uprzejmy otworzyć dla nas swoją szufladę. Ernest zgodził się, przeczytaliśmy całego Brylla, począwszy od wszystkiego, co zostało wydane po te wiersze współczesne, zatrzymane przez cenzurę. Układaliśmy to w taki rodzaj „patchwork’u”, wyczuliśmy, że to jest tworzywo na coś specjalnego i że nie ważne co będzie za trzy miesiące i jak my to ułożymy na końcu, ważne było z czego my to budujemy, jaki jest temat przewodni, o czym to jest… Wiedzieliśmy na pewno, że jest to swego rodzaju opowieść o narodzie.

Od razu myśleliście o wystawieniu tego w teatrze w Gdyni?

– Tak. W kwietniu 1980 r. pojechaliśmy na spotkanie z Andrzejem Cybulskim, pierwszym polskim prawdziwym producentem teatralnym, który wcześniej był szefem Estrady Gdańskiej, działaczem studenckim z lat 60. Facet oczytany, przyjaźniący się z artystami, malarzami, jednym słowem – „inteligent”. Dosłownie kilka miesięcy wcześniej Andrzej został dyrektorem Teatru Muzycznego w Gdyni.

Pojechaliśmy tam ze słowami „Andrzej, mamy dla ciebie coś!”. On też szukał, wiedział już, że nie odniesie sukcesu, jeżeli będzie nadal prowadził teatr muzyczny jako „operetę”, jednocześnie rozumiał, że musical nie jest polską formą teatralną.

Pan też nie chciał tworzyć „ polskiego musicalu”.

– Nie chciałem. Wcześniej, w grudniu 79 roku poszedłem do Pagartu i powiedziałem: „dajcie mi tylko paszport, chcę na własny koszt pojechać na Broadway i zobaczyć na własne oczy co to jest musical. Nikt w Polsce tak naprawdę nie wie, ludzie jedynie coś tam opowiadają o tym”. I proszę pana, pojechałem, zobaczyłem około 60 przedstawień, i te z samego top’u, jak „Elite” czy „A Chorus Line”, ale też takie off’owe, czy te w czarnych dzielnicach – i takie, i siakie!

Przyjechałem z tym „bagażem” i powiedziałem do kolegów, że trzeba od tego „uciekać”, bo to nie jest nasze, nie przyjmie się w Polsce. Już wiedziałem, gdzie ludzie popełniali błędy, dlaczego jakieś tam „Promises, Promises” nie odnosiło sukcesów w Polsce… To nas po prostu nic nie obchodziło, było to kompletnie bez związku z rzeczywistością. Przyjechaliśmy do Andrzeja i powiedzieliśmy mu, co chcemy robić: „to będzie jakaś inna  forma, zapewne  oratorium, ale na pewno nie musical!”.

Praca nad „Kolędą nocką” ruszyła praktycznie od razu?

– Zabrałem się za pisanie muzyki, wybieranie tekstów. „Psalm stojących w kolejce” jako wiersz Brylla był zaledwie tekstem do zwrotki, natomiast nie było refrenu. Skomponowałem więc refren, ale Ernest bardzo niechętnie pisał do muzyki. Zaśpiewałem mu ten refren i on dopisał te słynne słowa „bądź jak kamień, stój, wytrzymaj…”.

Byłem jak uskrzydlony, już wiedziałem, że „mamy to”, że się nie pomyliliśmy, że wszystko jest ok. Do spektaklu wszedł jeszcze jeden nowy, bardzo piękny wiersz Brylla „Psalm jadących do pracy”, który autor napisał już po Sierpniu 1980. Postawiliśmy jeden warunek dyrektorowi Cybulskiemu, któremu było bardzo ciężko i trudno przyjąć – że my przywozimy solistów i kapelę, która to zagra.

Jak zostało to przyjęte przez zespół teatru?

– Skompletowałem muzyków, wzięliśmy Krystynę Prońko i Teresę Haremzę. I co było? Przyjeżdżamy do teatru, a tu czołowe solistki, gwiazdy tego teatru – wzburzone i poobrażane, gdyż wybierana jest właśnie obsada, a ich nie ma na liście. Jest jakaś Prońko, jakaś Haremza… Chciałem od samego początku całą obsadę spektaklu zrobić sam, i tak też  się stało.

Poprosiłem dyrekcję teatru, abym mógł zrobić przesłuchanie wszystkich wokalistów,  którzy tam śpiewali: solistów, wice solistów i podsolistów (śmiech) oraz chóru, który liczył 120 osób na etatach! No i adeptów Studia Aktorskiego przy teatrze. Nie przesadzam, przesłuchałem około 450 osób, wybraliśmy sobie tych najfajniej śpiewających.

Oburzenie trwało do momentu, kiedy w październiku zaczęły się próby, ja już przywiozłem kapelę i ci obrażeni miejscowi soliści przyszli do nas na salę prób i usłyszeli jak Krysia Prońko ryknęła „Psalm stojących w kolejce” – i nastał spokój! Wiedzieli, że nie poradziliby sobie zarówno z tą rolą, jak i z tymi songami.

 Pracowaliście szybko. Atmosfera polityczna była specyficzna.

– Stworzyliśmy ten spektakl w sumie w niedługim czasie – w miesiąc! W ogóle tego typu projekty przygotowuje się na ogół od 4 do 6 miesięcy. W momencie, kiedy spektakl był praktycznie gotowy, był słynny 5 grudnia 1980. Do Polski mieli wkraczać Rosjanie wraz z tzw. armiami sojuszniczymi. Wojewoda co raz przyjeżdżał i stwierdzał: „nic wam nie chcę mówić, ale chyba nie zdążycie tego zrobić”. Taka była atmosfera.

Ale pracownicy teatru przez trzy tygodnie nie wychodzili niemal z pracy. Stolarze, spawacze, twórcy wielkiej dekoracji, wszyscy byli tak strasznie zaangażowani w tę robotę, bo wiedzieli, że coś niezwykłego się dzieje, że po raz pierwszy ze sceny możemy oficjalnie powiedzieć coś niezwykle ważnego i prawdziwego. Każdy pracownik teatru czuł, że to jest to, że to jest jego, każdy mógł się pod tym podpisać! I właśnie dlatego dali z siebie wszystko.

I zagraliście!

– I zagraliśmy. 18, 19 i 20 grudnia zagraliśmy premierę. Na tej trzeciej była delegacja Solidarności z Walentynowicz, Lisem, Frasyniukiem. W połowie spektaklu wszyscy płakali i tak było przez 60 przedstawień. Niezwykłe!

Natomiast szczyt popularności  „Kolędy nocki” miał miejsce w Warszawie, gdy zostaliśmy zaproszeni do Teatru Wielkiego. W kwietniu 81 roku z tym repertuarem przyjeżdżamy na wielką scenę. Cztery razy mieliśmy nabitą salę.

I proszę sobie wyobrazić…Ja do dziś nie wierzę… Czy pan by sobie wyobraził owację na stojąco przez 45 minut? Bo ja nie. Po każdym zagranym  spektaklu!

Podczas sobotniego przedstawienia siedział na sali legendarny Jerzy Waldorff i coś pisał. Potem ukazała się jego recenzja w „Polityce”, w której podkreślił, że nie pamięta takiej owacji w tym teatrze, a przychodził tam od kiedy był małym chłopcem. Niezwykłe przeżycie! No, a później dramat 13 grudnia.

Co się stało z „Kolędą” 13 grudnia?

– Mnie akurat nie było wtedy w Gdyni, ktoś mnie zastępował w roli dyrygenta… Było: dziękujemy, zdejmujemy „Kolędę nockę” z afisza. Kazano to zniszczyć, dekoracje i kostiumy. Zaorano to wszystko. Nie było takiego utworu!

Dla wszystkich, którzy nie mieli okazji zobaczyć oratorium na żywo, wydana została płyta.

– Ja się w życiu nie spodziewałem, że wydadzą tę płytę! W 1982 roku sprzedano 130 tysięcy egzemplarzy. W roku 83’ rozegrała się piękna scena na warszawskiej ulicy: podjeżdża taki pomarańczowy mały Fiat, ktoś wysiada i mówi do mnie: „panie Wojtku, nie wziąłby pan złotych płyt, bo teraz tu mamy ze sobą, są dla pana i dla Ernesta Brylla”. I dają mi taką opakowaną w siermiężny szary papier pakowy pakę.

„Niech pan tylko pokwituje, że pan odebrał”. I pojechali! A tu nagle idzie Ewa Bem i mówi „Trzcina, co ty tu z takim obciachem stoisz?”. Ja na to: „Jesteś Ewuniu świadkiem, bo właśnie przed chwilą odebrałem złotą płytę za legendarną już Kolędę nockę”! A ona: „Co się wygłupiasz!”. Ja na to: „Jesteś świadkiem!”.

Tak właśnie, niepostrzeżenie, na ulicy, uhonorowano kompozytora za jego największe dokonanie w polskim teatrze muzycznym.

Rozmawiał: Tomasz Furmanek goniec.com