Zamkniecie świątyń

Polacy mają dwie świątynie. Jedną dla ducha, drugą dla ciała. Oczywiście od każdej reguły są wyjątki. Niektórzy w niedziele odwiedzają jedynie jedną świątynię, tę dla ducha. Ale jest ich zdecydowana mniejszość. Ta druga wcale nie jest przez zdecydowaną większość rodaków pomijana.

Wiedza o tym doskonale pracownicy sklepów, którzy rytm swojej pracy regulują w niedziele kończącymi się w okolicznych kościołach mszami. Wiadomo, od lat, że zaraz potem do tej drugiej świątyni zawitają byli goście tych pierwszych. Msza się kończy i co potem? Hurmem do sklepów.

A tam wygląda to różnie, przynajmniej do tej pory. Niektórzy snują się między półkami szukając promocji i czegoś, co może się przydać, ale i być może niekoniecznie. Ale skoro tanie, to znaczy, że kupić warto.

Inni zasiadają całymi rodzinami w galerianych kawiarenkach, galerianych punktach oferujących w żywieniu co najgorsze, ewentualnie czekają na kolejny seans filmowy. Ci pierwsi potrafią nie zamienić ze sobą ani słowa i z przyklejonymi do smartfonowych ekraników twarzami próbują nawiązać kontakt ze światem zewnętrznym. Kiedyś widziałem taką czteroosobową rodzinę (rodzice i dwie dziewczynki), która siedziała przy jednym stoliku i każdy zajmował się sobą. A właściwie swoim malutkim ekranikiem. Teraz będą mogli robić to bez ograniczeń w domu.

Paradoksalnie, zakaz handlu w niedziele najbardziej uderzy w pracowników polskich sieci handlowych…

Co drudzy robili prawie to samo, ale w trakcie małych przerw w gapieniu się w ekranik przeżuwali kawałki stygnącej pizzy lub przełykali kawałki zimnych już burgerów. Nie muszę chyba dodawać, że przy okazji nie zamieniali ze sobą ani jednego słowa.

Ci trzeci właściwie czekali tylko za paczki z popcornem i coś do picia, a potem obładowani niemiłosiernie próbowali ulokować się w miarę wygodnie na kinowych fotelikach.

I tak przy okazji klepnięcia przez sejmową komisję (czyli właściwie już decyzja zapadła) wprowadzenia zakazu handlu w co drugą niedzielę, zastanawiam się nad tymi biednymi (duchowo) bywalcami tych drugich świątyń. Co oni będą w te „zamknięte” niedziele robili? Dokąd pójdą? Gdzie będą mogli usiąść sobie, aby włączyć te czarodziejskie aparaciki i… oderwać się od otoczenia, od rodziny, od rodziców, od ukochanego, ukochanej?

Przy okazji okazało się, że wybrańcy narodu liczyć do pięciu nie potrafią. Bo skoro zamknięta dla handlu ma być do druga niedziela, a według nich ma to być pierwsza i trzecia, to w miesiącach mających tych niedziel pięć, będą to logicznie pierwsza, trzecia i piąta. Ale zaczyna się nowy miesiąc i znowu pierwsza… A więc dwie niedziele pod rząd. Czyli tak de facto nie co druga. Ale widać nowa podstawa programowa z matematyki robi swoje. Liczenie do pięciu, albo liczenie „co druga” jest nie do opanowania. I kto tych matematycznych debili wybrał?

Najśmieszniejsze w tym wszystkim jest jednak to, że tzw. projektanci obywatelscy (od projektu obywatelskiego) stanęli w obronie uciemiężonych, wyzyskiwanych, cierpiących, wykorzystywanych (i co tam jeszcze ktoś może sobie wymyślić) pracowników handlu. Których podobno zmusza się do pracy w niedziele.

Od wielu lat w wielu tzw. centrach handlowych wyrobiłem sobie znajomości wśród pracowników tzw. punktów obsługi klienta. Robię zakupy i często biorę faktury. Więc jest okazja do rozmów. Kiedy tylko pojawił się temat zamykania sklepów w niedziele, pytałem, czy będą się cieszyli. I tu zaskoczenie.  Zdecydowana większość odpowiadała: Nie odczuje tego. Dlaczego? – Bo mamy tak grafiki pracy układane, że nie pracujemy więcej niż w jedną niedziele w miesiącu.

Paradoksalnie tego luksusu nie mają pracownicy małych, polskich sklepów, w których prawie każda niedziela jest pracująca. Paradoksalnie więc wolne niedziele najbardziej uderzą w nich

JERZY WALASEK