Zdziwienia… Jak doktor z doktorem

Doktorowie prawa spotykają się, dyskutują, negocjują, ustalają. Doktorowie co prawda specjalistami w dziedzinie, wokół której powodują tyle zamieszania, nie są, ale przecież nie to jest ważne. Ważne jest, że doktor, któremu wydaje się, że jest najważniejszą osobą w państwie, spotyka się z doktorem, który faktycznie nią jest.

Doktor, któremu się wydaje, zna na tyle prawo, że wie, co może, a czego nie może. Mógł więc nie podpisać i napisać samemu to, czego nie podpisał. Oczywiście poza paroma szczegółami, nikt nie wie, co tak naprawdę wyszło spod jego pióra. Bo co prawda to, co napisał trafiło tam gdzie trzeba, ale… zostało tam na chwilę utajnione.

Doktor, który sprawuje faktyczną władzę, oczywiście z tym co napisał ten drugi mógł się zapoznać. I zrobił to. A że materia dokumentu jest raczej odmienna od Roli ciał kolegialnych w kierowaniu szkołą wyższą, wezwał więc swój sztab przybocznych cwaniaków, którzy podyktowali mu zmiany. Teraz zapoznaje się z nimi ten od pilnowania żyrandola.

Uniżenie Pana Naczelnika Państwa witam…

Doktor, któremu się wydaje, również nie za bardzo potrafi rozeznać się w tak zawiłej materii. Czym innym jest Interes prawny w polskim prawie administracyjnym, a czym innym interes przewodniej siły narodu, sterowanej przez nią prokuratury i prokuratora generalnego. Dotarło to do niego po niewczasie. I teraz naród, przynajmniej jego część, ma nadzieję, że przejrzał na oczy.

Panowie doktorowie spotykają się. Z innych spotkań przynajmniej zdjęcia nam pokazują. A tu tylko jeden doktor wysiada przed budynkiem z samochodu, a drugi nawet na niego nie czeka. Ciekawe, czy rozmawiają na stojąco, czy na siedząco. Ciekawe, czy przy okazji piją kawę, czy herbatę. A może coś mocniejszego? A potem bardziej lub mniej oficjalny komunikat: Rozmowy przebiegały w szczerej, pełnej zrozumienia atmosferze oraz trosce o przyszłość państwa. Kiedy przegląda się zszywki partyjnych dzienników z lat 70. i 80. cytaty jak znalazł. Nawet nie trzeba zbytnio się wysilać i wymyślać.

Dwóch panów doktorów prawa w tajemnicy przed narodem i innym jego wybrańcami dogaduje się i ustala, co dla narodu ma być dobre w zakresie materii, o której nie maja zielonego pojęcia. Bo gdyby mieli, nie byłoby tego całego cyrku.

Nie pierwszego zresztą. Obaj panowie reprezentują siłę, która w imieniu mniejszości społeczeństwa (ale większości wyborców) ma zmieniać nasz kraj. Oczywiście w sposób, jak oni sobie tylko wyobrażają. Jaki wymyślali przez ostatnie osławione już osiem lat rządów znienawidzonego poprzednika. Nie dopuszczając do głosu nikogo innego. Nie tylko debilnej totalnej opozycji, która powinna przestać nazywać się opozycją, a raczej wspaniałym wsparciem dla rządzących. Nie dopuszczając do głosu narodu, mimo że tak gorąco o tym zapewniali.

Dwóch panów doktorów prawa próbuje się dogadać. Za jednym stoi urząd i jego pracownicy. Co prawda najwyższy urząd państwowy, ale przecież obsadzony z namaszczenia doktora bez żadnej funkcji państwowej, posiadającego za to moc sprawczą. Nawet do tego, aby po 90 miesiącach robienia narodowi wody z mózgu przyznać, że prawda nie zawsze musi być prawdą.

JAROSŁAW WYKUŁ