PolecaMY: Wyspa ślepców

Książka dramatyczna, wstrząsająca. Momentami wręcz obrzydliwa. Zarazem poruszająca i dająca wiele do myślenia. Rzadko obecnie można zwykłą relację ze śledztwa sprowadzić do dziennikarskiej perełki. Właśnie dziennikarskiej, bo Piotr Krysiak swoją książką przypomina nam, na czym właściwie dziennikarstwo powinno polegać.

Sprawa księdza Wojciecha G. (padre Alberto) nie wstrząsnęła może opinią publiczna, ale przez jakiś czas nie schodziła z czołówek medialnych doniesień. Oczywiście zależnie od stopniowo ujawnianych faktów. Aż do sądowego finału.

Przypomnę w skrócie, że niemal w tym samym czasie świat dowiedział się, że w biednej Dominikanie dwóch księży z Polski urządziło sobie swój własny pedofilski raj. Właśnie Wojciech G. i arcybiskup Józef Wesołowski, nuncjusz apostolski w tym kraju.

Jeden w prowadzonej przez siebie parafii skupił chłopców z biednych miejscowych rodzin i wykorzystywał ich w swoich chorych praktykach. Drugi z kolei najczęściej kupował usługi seksualne u prostytuujących się nieletnich. Panowie się znali i być może współpracowali ze sobą w niecnym procederze.

Wojciech G przed dominikańską sprawiedliwością ukrył się w Polsce, gdzie ostatecznie został skazany.

Dziennikarz w swojej pracy potrzebuje również odrobine szczęścia. Choćby takiego, jak w przypadku Piotra Krysiaka. Na Dominikanę poleciał przede wszystkim, aby odpocząć. Na miejscu „złapał” temat: polski duchowny, który odwala kawał dobrej roboty na rzecz miejscowej, biednej, małomiasteczkowej ludności. Spotkał się z nim, rozmawiał, podziwiał jego „dzieło” i zaangażowanie. Kilka miesięcy po powrocie wybuchła afera…

Piotr Krysiak był jedynym dziennikarzem, nie tylko polskim, któremu jeszcze nie oskarżony, ale już podejrzewany Wojciech G. udzielił wywiadu. Próbował się bronić przed zarzutami, udowodnić, że to spisek przeciwko niemu.

Dziennikarz poszedł śladem podpowiedzianym mu w prokuraturze. Zaprowadził go on do ośrodka wychowawczego pod Warszawą, w którym duchowny odbywał praktykę. Okazało się, że już tam dopuszczał się niecnych praktyk wobec nieletnich. Na długo przed tym, jak dostał polecenie wyjazdu do Dominikany.

Krysiak dotarł do byłych wychowanków, nauczycieli. Jedni potwierdzają, że wiedzieli, że informowali, ale nikt im nie wierzył. Drudzy, w większości nauczycie, „umywali ręce”.

Na dominikańskiej prowincji, ktoś uwierzył pierwszemu chłopcu, który odważył się powiedzieć prawdę. I ruszyła prokuratorska machina…

Napisałem na początku, że Wyspa jest również książką w jakimś sensie obrzydliwą. Autor nie wzdragał się zamieścić zaczerpniętych z prokuratorskich akt szczegółowych opisów praktyk homoseksualnych stosowanych przed „duchownego”. Trzeba naprawdę mieć mocne nerwy, aby przez to przebrnąć…

Każde tego rodzaju przestępstwo popełniane wobec nieletnich, zwłaszcza popełniane przez osobę duchowną, która opornym tłumaczy, że to „wola Boga”, zasługuje na wyjątkowe potępienie. Natychmiastowe. Ale zbyt często, zwłaszcza w świadomości osób bardzo religijnych, już sama myśl o możliwości popełnienia takiej zbrodni jest niewyobrażalna, nie do uwierzenia.

Być może właśnie dlatego tak trudno jest doprowadzać tego sprawy do sprawiedliwego finału. Bo nawet wyrok w przypadku byłego księdza Wojciecha G. nie zapadł po wielomiesięcznym procesie, w czasie którego musiałyby zostać ujawnione jego praktyki, a na mocy porozumienia zawartego między prokuraturą, a jego obrońcą.

JAKUB WYRWAŁ

Wyspa ślepców, Piotr Krysiak

Deadline