Wojna na Półwyspie Koreańskim trwa…

I nic oraz nikt tego nie zmieni. Trwa od 1950 roku. I nigdy się nie zakończyła. W roku 1953 podpisano jedynie rozejm, czyli określono warunki zaprzestania działań wojennych. Sprowadzały się one właściwie do ustanowienia strefy demarkacyjnej w Panmunjom oraz ustaleń dotyczących wymiany jeńców.

Przez dziesiątki lat nad przestrzeganiem warunków rozejmu czuwała również Polska, jako jeden z członków Komisji Nadzorczej Państw Neutralnych (obok Czechosłowacji, później Czech i Słowacji, Szwajcarii i Szwecji). I nadal powinna czuwać, choć po usunięciu misji z Panmunjom jest to dość utrudnione. Komisja spotyka się raz w roku i wydaje nic nieznaczące oświadczenia.

Z samego określenia rozejmu wynika, że strony konfliktu wykorzystują ten czas albo do zawarcia trwałego układu pokojowego, albo do przygotowania się do kontynuowania działań wojennych. I strony-sygnatariusze układu to robili. Zarówno Chiny Ludowe, Korea Północna, jak i wszystkie kraje z koalicji ONZ, która była oficjalną stroną konfliktu. Zbroiły się również Rosja i Korea Południowa, które rozejmu nie podpisały, a w wojnę koreańską były zaangażowane na równi z pozostałymi.

Kim Jong Un przykłada, jak ojciec, wielką wiarę w konieczność i słuszność polityki rozbudowy sił zbrojnych, aby zapewnić swojej ojczyźnie bezpieczeństwo… Polacy chyba nie powinni się dziwić…

Przez ponad 60 lat od ustanowienia przerwy w wojnie koreańskiej strona uznawana za obrońcę wolności i demokracji (ONZ, a właściwie USA) w tym konflikcie nie wysunęła żadnej propozycji pokojowej, żadnego planu faktycznego zakończenia konfliktu na Półwyspie Koreańskim. Skupiała się raczej na prywatnych misjach byłych prezydentów amerykańskich (Carter, Clinton), które nic do sprawy nie wnosiły.

Zapomina się, że jedyną faktyczną koncepcję planu pokojowego a nawet zjednoczenia państw koreańskich przedłożył Kim Il Sung (z rosyjskiego Kim Ir Sen). Kim Jong Il – jego syn i następca – jeszcze przed objęciem władzy postawił na rozbudowę sił zbrojnych. A oczkiem w głowie stał się program jądrowy, mający uzupełnić zapotrzebowanie na energie elektryczną oraz surowiec do produkcji broni jądrowej.

Przez wiele lat tzw. Zachód uważał, że KRLD nie jest gotowa pod względem technologicznym na wyprodukowanie broni jądrowej. Lekceważono sygnały o współpracy ze specjalistami z Indii i Syrii, nie wierzono, że na uczelniach rozbudowywane są wydziały fizyki jądrowej, że najzdolniejsi studenci wysyłani są na studia na całym świecie.

Teraz świat oburza się, bo KRLD dokonała kolejnej próby jądrowej. Nie oburzał się tak, kiedy największy przeciwnik w zawarciu pokoju na Półwyspie Koreańskim przeprowadzał próbę z bombą jądrową trzy lata temu, a jeszcze wcześniej w 2008 r. Ale przecież „policjantowi świata” nie można nic zarzucić.

Korea Północna jest w stanie wojny (bo przecież nie pokoju) z ONZ, czyli praktycznie z całym światem. I ten świat odmawia Korei prawa do budowy sił odstraszania na poziomie, porównywalnych choć w jakimś tam promilu z przeciwnikiem.

Wiem, brzmi to obrazoburczo, bo przecież KRLD trzeba teraz potępiać i krytykować. Zwłaszcza od czasu, kiedy największym naszym sojusznikiem są najwięksi adwersarze Pjongjangu. Jak oni mają czelność przeprowadzać na swojej ziemi próby jądrowe?! Jak śmią testować rakiety balistyczne?!

Nasz MSZ wzywa Koreę Płn. do „zaprzestania prowokacyjnych działań”. Szkoda, że równie stanowczo nie protestuje przeciwko wojskowemu zagrożeniu na naszej wschodniej granicy. Ambasador KRLD jest wzywany „w trybie pilnym” i rugany za „jawne naruszenie zobowiązań międzynarodowych KRLD”. Wiceminister Magierowski, któremu po ucieczce z Kancelarii Prezydenta RP powierzono jakże wdzięczną azjatycka działkę, będzie musiał się jeszcze wiele nauczyć. KRLD nigdy nie zobowiązywało się, że nie będzie się zbroiła, rozwijała programu jądrowego, a że ma gdzieś rezolucje ONZ… Wszak jest z ONZ w stanie wojny.

Nikomu wielkiemu w regionie nie zależy na nastaniu pokoju na Półwyspie Koreańskim, czyli na podpisaniu traktatu pokojowego, ostatecznie kończącego trwającą od ponad 67 lat wojnę. Tym bardziej nikomu nie zależy na zjednoczeniu państw koreańskich. Najwięksi gracze widzą w tym od lat zagrożenie dla własnej dominacji.

Mamy więc do czynienia z sytuacją patową. Oczywiście tylko do momentu, kiedy jakiemuś debilowi nie zadrży palec i nie wciśnie atomowego guzika. Było jednak ku temu już tyle okazji, że można być spokojnym, iż ostatnich zagryzły psy lub stanęli naprzeciw działka przeciwlotniczego…

JERZY WAMARYK