Parę słów o surwiwalu, czyli dość tej amatorszczyzny

Pierwszy raz od długiego czasu piszę artykuł nie polityczny. Po prostu poruszyła mnie śmierć dwóch harcerek podczas obozu letniego.

Od razu chcę zaznaczyć, że nie chce rozstrzygać o czyjejś winie lub jej braku. Obozy harcerskie organizowano od dawna w podobny sposób i nic się z tego powodu nie działo. Dlatego nie mogę winić organizatorów.

Ostatnio jednak zjawiska pogodowe stały się znacznie bardziej gwałtowne i warto zacząć je poważnie traktować. Jako alpinista wielokrotnie musiałem podczas wspinaczek i wypraw biwakować w trudnym, dzikim terenie, przeprawiać się przez rzeki, moreny, lodowce, nieraz na zupełnie niezbadanych wcześniej szlakach. Uważam, na poważnie, że nie ma lepszych specjalistów od przetrwania w trudnym terenie i w ciężkich warunkach pogodowych, jak alpiniści, polarnicy oraz ratownicy TOPR i WOPR. To, co inni traktują jako zabawę dla mieszczuchów podczas wakacji, czyli tzw. surwiwal, sztukę przetrwania, to my, alpiniści, mamy jako chleb powszedni na każdej wyprawie. Kiedyś nawet nazwałem żartobliwie surwiwal „poszukiwaniem stresów w łatwym terenie”. Ale zostawmy żarty, bo sprawa jest poważna.

Od lat obserwuję surwiwalowe publikacje i programy telewizyjne. Niestety znaczna część tych dzieł głosi zasady, które autor wymyślił przed chwilą i mające niewielki związek z rzeczywistością. To trochę tak, jak z książkami o feng szui, czyli starej sztuki obrony domu, z której Europa zrobiła nawiedzoną architekturę wnętrz, właśnie na zasadzie: „co autor wymyślił przed chwilą” (a Chińczyk się uśmiał).

Tym razem to jednak nie żarty, bo bzdury głoszone w podręcznikach czy programach o sztuce przetrwania, mogą się skończyć śmiercią ludzi. Jednocześnie praktycznie nie ma solidnego szkolenia w tej dziedzinie dla przewodników turystycznych, czy organizatorów obozów.

Zaczym przejdę do przykładów, parę podstawowych zasad:

  1. Nie rozbija się namiotu i nie biwakuje pod dużymi drzewami. Do niedawna uchodziło to na sucho, bo mieliśmy łagodny klimat, w którym huraganowe wiatry łamiące drzewa, występowały rzadko. Ponadto obóz w takim miejscu, w przypadku pożaru lasu, jest pułapką bez szans.
  2. Przy okazji, zapomnijmy harcerska piosenkę „Płonie ognisko w lesie”. Ognisk w lesie się nie pali, bo harcerze mogą się spalić razem z ogniskiem.
  3. Nie biwakuje się pod skarpami, ścianami skalnymi, klifami, bo mogą z nich spadać kamienie i inne obiekty.
  4. Nie biwakuje się w zagłębieniach terenu, bo w razie gwałtownego opadu będzie się w nich zbierać woda i można się zwyczajnie utopić.
  5. Jeśli biwakujemy w pobliżu rzeki, to pamiętajmy, że ta rzeka może w nocy niespodziewanie wezbrać, bo gdzieś, wiele kilometrów stąd spadł duży deszcz. Na ogół rozejrzawszy się po okolicy łatwo zauważyć, do jakiego miejsca rzeka czasem wylewa. Generalnie, jak już nad rzeką, to na skarpie, a nie na brzegu.
  6. Nigdy poza miastem, a zwłaszcza w lesie, nie oddalamy się na dłużej bez latarki i telefonu komórkowego. Mieszczuch zapomina o tym, że w lesie nie ma latarni i po zmroku panuje czarna ciemność. Nie jest tak, że źle widać. Nic nie widać. A dlaczego telefon? Po pierwsze, gdy nam się coś stanie, możemy wezwać pomoc. Po drugie, jeśli zabłądzimy, służby ratunkowe mogą nas zlokalizować. Dziś niemal każdy smartfon ma wbudowaną nawigację, dzięki której możemy znaleźć drogę.
  7. Kompletna bzdurą jest „hartowanie się”. Nie ma ludzi zahartowanych, są tylko dobrze ubrani. Człowiek nie może się przystosować do zimna i mrozu. Od „hartowania” można co najwyżej mieć katar.

I jeszcze parę uwag ogólnych.

Człowiek z miasta nie widzi niebezpieczeństwa, gdy zapada zmrok, gdy zaczyna padać śnieg, czy deszcz. Może znajdować się w śmiertelnym niebezpieczeństwie, nie zdając sobie z tego sprawy. Las wydaje mu się terenem bezpiecznym, bo go nie zna. Dziki las nie jest bezpieczny. Znam przypadek grupy ludzi, którzy pojechali na grzyby na Litwę. O ile w polskich lasach, co kilkaset metrów jest jakaś dróżka, jakaś przecinka, którą gdzieś się dojdzie, o tyle na rzadko zaludnionej Litwie, można iść przez las kilometrami, nie spotkać nikogo i nie znaleźć żadnej dróżki. Jedna pani odłączyła się od grupy i zabłądziła. Odnaleziono jej zwłoki po dwóch tygodniach kilkanaście kilometrów dalej.

Szczególnie niebezpieczny jest las w zimie. Brnięcie przez zaspy, pod którymi są zwalone pnie, gałęzie, krzaki, wymaga dużego wysiłku i można po prostu nie dać rady. Przypomnę wypadek na Pilsku, gdzie grupa sportowców pobiegła na trening biegowy do lasu (w zimie) i zabłądziła. Nie wszyscy przeżyli, a były to zdrowe silne byki.

A co się może nam stać w lesie? Wystarczy, że się przewrócę i złamię nogę. Na otwartej przestrzeni możemy wołać o pomoc, ale w gęstym lesie naszego wołania już nie słychać po stu metrach. W lesie żyją zwierzęta i nie muszą to być od razu wilki. Niebezpieczne są dziki, łosie i jelenie w czasie rykowiska. Te zwierzęta mogą człowieka nawet zabić. W moim powiecie Giżycko, niedawno łoś tak zmasakrował mężczyznę, że połamał mu kręgosłup, obojczyki, żebra i uszkodził czaszkę. Faceta ledwo odratowali, bo łoś waży 500 kilo wali kopytami.

Dlatego to, co piszę o telefonie komórkowym, proszę traktować serio.

Jednak największym niebezpieczeństwem zarówno w górach, jak i w dzikim terenie, jest odległość od ludzi, i długi czas oczekiwania na pomoc. Jeśli udaję się na odludzie, to muszę się do tego przygotować. Zabrać choćby zwykłą płachtę NRC (taka cienka folia którą ochrania się rannych przed wyziębieniem), ciepłe i nieprzemakalne ubranie, coś do jedzenia itp.

 

I na koniec parę słów o bzdurach.

Oglądałem kiedyś taki surwiwalowy program telewizyjny, w którym jakiś koleś zalecał, by idąc w zimie przez ośnieżony las, zbudować szałas z gałęzi by odpocząć. Trudno o głupszą radę. Zbudowanie solidnego szałasu to praca na parę godzin, spory wysiłek, a w dodatku taki szałas nie daje żadnej ochrony przed mrozem, nie ma w nim żadnego źródła ciepła, nie chroni przed wiatrem. Odpoczywanie na mrozie, to najgłupsza rzecz, jaką można zrobić. Nic się nie odpocznie, a tylko przedłuża się wyziębianie organizmu. Jeżeli grozi nam wyziębienie, to nie wolno odpoczywać, a zwłaszcza zasnąć, bo już się nie obudzimy.

Widziałem też programy, w których zalecano wykorzystanie naturalnego zagłębienia do biwakowania („nakrywamy dołek żerdziami, na żerdzie płachtę i już mamy biwak”), zalecano rozpalenie ogniska na śniegu (bardzo trudno to zrobić, bo śnieg się topi i gasi ogień, a zmrożone drewno bardzo trudno podpalić), zalecano stosowanie węzłów, które rozwiązują się pod obciążeniem itp.

Trzeba bardzo krytycznie podchodzić do tych surwiwalowych „wujków dobra rada”, bo na filmie widzimy gościa samotnie przedzierającego się przez knieje, lub śniegi, ale przecież ktoś go filmuje. Idzie z nim kilkuosobowa ekipa telewizyjna, a po zdjęciach nasz „wujek” wsiada do samochodu i idzie spać do hotelu. Natomiast my, naśladując tego „wujka” nie mamy w zapleczu ekipy, samochodu i hotelu. On może opowiadać w telewizji cuda wianki, bo nie robi tego naprawdę.

Na serio natomiast warto by przeszkolić przewodników i organizatorów obozów i nie przez jakiś „wujków dobra rada”, tylko przez ratowników TOPR-u, GOPR-u, WOPR-u. To są ludzie, co do których jest pełna gwarancja, że się znają na rzeczy i nie zalecą węzła, który się rozwiąże, odpoczywania na mrozie, i biwakowania w dołku. A przed rozbiciem młodzieżowego obozu warto skonsultować lokalizację, choćby ze strażakami.

KRZYSZTOF ŁOZIŃSKI

Alpinista, uczestnik i kierownik wypraw w góry wysokie,

uczestnik akcji ratunkowych w Tatrach, Hindukuszu i Himalajach

Studio Opinii