Generałów ci u nas pod dostatkiem

Minister chciał mianować swoich nowych generałów. Prezydent pewnie ma chrapkę na swoich, ale nie ma jeszcze takich pełnomocnictw. Tzn. mianować może, ale najpierw kandydatów musi zgłosić minister. Widać panowie się nie dogadali. Nie mówiąc o zaszłościach.

Minister tak uwielbiany przez tłumy zwolenników Naczelnika Państwa i tak szanowany przez niego samego może pozwolić sobie na wiele. I pozwalał. Armię zaczął traktować, jak prywatny folwark i pod tym kątem dopierał sobie bezpośrednich podwładnych. I nie mam tu na myśli nieudacznika Misiewicza i jemu podobnych. Chodzi o ludzi, którzy stawali dzięki niemu na czele Polskich Sił Zbrojnych.

Pozycja ministra wynika jeszcze z faktu, że zapewnił Naczelnika Państwa, iż bez względu na środki i koszty rozwiąże najważniejszą dla niego tajemnicę. Śmierci jego brata i bratowej. I minister od ponad siedmiu lat wciska Naczelnikowi kłamstwo za kłamstwem. Dzięki temu jest „nie do ruszenia”. I nikt mu nie mógł się przeciwstawić. Do czasu jednak…

Według danych MON, w siłach zbrojnych (w służbie oraz tzw. rezerwie kadrowej) jest 77 generałów. W okresie międzywojennym było ich 58 i pewnie dlatego w 1939 r. Wojsko Polskie poniosło klęskę…

Prezydent dużo w czasie kampanii obiecywał. Za dużo. Teraz trudno mu się z tych obietnic wywiązywać. Na dodatek jego wyborcze zaplecze polityczne dawno już dało mu do zrozumienia, gdzie jest jego miejsce i do czego jest potrzebny. M. in. do spełniania marzeń ministra o budowie wyłącznie jemu wiernej armii.

Jedynym zadaniem żołnierza jest wykonywanie rozkazów. Minister wydaje rozkazy nie bezpośrednio, ale poprzez swoich zastępców. Tych w mundurach. Na ich czele stoi generalicja. Wniosek bardzo prosty: ma się generałów, ma się armię. Wyłącznie sobie podporządkowaną.

Minister realizuje swój Strategiczny Przegląd Obronny, który (w dużym skrócie) ma dostosować armię do nowych wyzwań wynikających z narastającego zagrożenia zewnętrznego oraz – nie może być inaczej – z wieloletnich zaniedbań organizacyjnych, personalnych, strategicznych i dotyczących kierunków modernizacji technicznej armii. Typowy urzędniczy bełkot… Zaniedbania strategiczne? A co to takiego? Ważniejsze jest jednak następne zdania: Kluczowym czynnikiem tych zmian jest ukształtowanie nowej kadry dowódczej. Bez niej wszystkie pozostałe reformy mogą zostać zaprzepaszczone. Świadczą o tym dobitnie błędy, jakie popełniono w ciągu ubiegłych 27 lat, a które z trudem są obecnie naprawiane. Biedna pani major-rzecznik MON, która musiała się pod tym podpisać.

I wszystko jasne. Minister usuwa z najwyższych stanowisk dowódczych ludzi nie swoich, mianowanych przez poprzedników, czyli podejrzanych, bez zaufania obecnego szefa, którzy być może mają inna wizję rozwoju Polskich Sił Zbrojnych. A tacy w armii nie są potrzebni.

Pozostaje jednak kwestia kluczowa: czy generałowie są dla armii, czy armia dla generałów?

Historia zna już podobne przypadki. Stalin dokonał czystki w Armii Czernowej wśród najwyższych dowódców, marszałków. Skończyło się to prawie klęską ZSRR w wojnie z Niemcami, bo porażki z lat 1941 i 1942 były spowodowane właśnie brakiem doświadczonej kardy, sprawdzonej na innych frontach wojennych.

Prezydent powiedział nie nominacjom generalskim, ale nie jest to wyraz sprzeciwu wobec wdrażanej reformy przez ministra, ale prywatnej rozgrywki, którą prowadzą obaj politycy. Kto będzie silniejszy i który, którego zdominuje. Z zapisów istniejącej Konstytucji RP wynika jasno, że zwierzchnikiem Sił Zbrojnych jest głowa państwa.

Niestety, obecna ma zbyt ambitnego ministra Obrony Narodowej. I nie chodzi tu wcale o ambicję uczynienia z Polski mocarstwa militarnego, a wyłącznie o chorą, ambicję osobistą.

JUREK WARAŁEK