Nie zejdziemy z obranej drogi…

Te słowa Jarosława Kaczyńskiego mające podbudować jego akolitów, a pozbawić nadziei naiwną, polską opozycję liczącą nie wiadomo na co, dziwnie splotły się z tematem moich ostatnich zajęć ze słuchaczami zgłębiającymi historię Polski.

„Braliśmy” akurat końcówkę panowania Jana Kazimierza, króla wyjątkowo nieudanego, sobka zapatrzonego z zachwytem w swoje oblicze, sterowanego przez kobietę, która miała na względzie wszystko, tylko nie interes kraju, a że na męża (już drugiego na polskim tronie) wpływ miała wielki, polska polityka tamtych lat może zadziwiać i dziś balansowaniem na granicy samobójstwa.

 

Tak naprawdę koniec wielkiej Rzeczpospolitej nastąpił właśnie wtedy,

cała reszta aż do rozbiorów to tylko kolejne, uzupełniające obraz upadku kroczki, którymi nieuchronnie zmierzała ona do swego niechlubnego końca.

A jeszcze 20 – 30 lat wcześniej wydawała się jedną z wielkich europejskich potęg, z którą liczyli się wszyscy co miało wyraz m.in. w tym, że np. car korespondując z sułtanem pisał do niego po … polsku. I nie działo się tak przypadkiem.

Obok wielu innych jedna przyczyna tej nagłej zmiany warta jest bliższego przyjrzenia się.

Szlachta polska od dziesięcioleci budująca ustrój państwa (nikt nie twierdzi, że bezbłędnie) bardzo była przywiązana nie tylko do tzw. swobód, co zwykło się jej wypominać we wszystkich podręcznikach. Także do zasad ustrojowych regulujących życie wszystkich jej mieszkańców króla nie wyłączając.

 

Król nie mógł stać ponad prawem – to największa ze zdobyczy Rzeczpospolitej.

O tym, że był to model atrakcyjny świadczy fakt, że Iwan Wyhowski, hetman kozacki, przy wsparciu antyrosyjskich pułkowników, m.in. Chanenki i Bohuna, negocjując w Hadziaczu powstanie trzeciego członu Rzeczpospolitej Trojga Narodów, za wzór brał właśnie i schemat administracyjny Korony i jej kształt ustrojowy.

Pod koniec panowania Jana Kazimierza miał miejsce tzw. rokosz Lubomirskiego, zazwyczaj przedstawiany jako przykład warcholstwa magnaterii, jeden z wielu, które doprowadziły do tragedii państwa.

Lubomirski zawiązując konfederację przeciw legalnie wybranemu królowi złamał prawo; to fakt, on sam zresztą też temu nie zaprzeczał. Jednak ktoś kto czyta o historii tego ruchu musi być zdziwiony jedną sprawą.

Po bitwie pod Mątwami (dziś to solanki inowrocławskie), w której pobił wojska królewskie na głowę (Sobieski uratował się cudem), kiedy stał się panem sytuacji… przeprosił króla, zgodził się na dobrowolną banicję i rzeczywiście wyjechał.

Dziwne jak na zwycięzcę, prawda?

Ale przecież coś musiało leżeć u źródła takiego postępowania. Co?

 

Cała sprawa zaczęła się kilka lat wcześniej.

W 1661 roku trwała druga faza wojny z Rosją, na Ukrainie panował chaos mogący przerodzić się w niekontrolowaną anarchię, kraj nie zdążył podnieść się z ruin po szwedzkim potopie, a tymczasem dwór królewski myślał głęboko nad projektem, który miał nadać splendoru domowi Wazów, a którego to planu motorem i mózgiem była Ludwika Maria Gonzaga.

Chodziło o tzw. elekcję vivente rege, czyli wybór nowego króla jeszcze za życia poprzedniego.

Zasada sama w sobie może nie taka najgorsza, pozwalająca uniknąć zamieszania zwyczajnego w trakcie walki na polu elekcyjnym, ale…

Po raz nie wiem już który w historii okazało się, że odbiór niektórych idei zależy od człowieka, który je głosi.

Jan Kazimierz dał się poznać jako człowiek niewiele myślący o swoich poddanych, za to dążący z chorobliwą ambicją do własnego wyniesienia, wykłócający się o najmniejszy drobiazg mogący według niego ująć mu majestatu.

W czasie potopu szwedzkiego wrócił z emigracji na wieść o tym, że Lubomirski i inni zawiązali konfederację do walki ze szwedzkim najeźdźcą. Spotkał się ze swoimi obrońcami i… odmówił przystąpienia do nich, zawiązał natomiast swoją konfederację i to oni musieli do niej przystąpić. Tak jakby akurat to było najważniejsze w tamtej sytuacji.

To przykład jeden z wielu.

 

Przez lata panowania od 1648 roku tak dokładnie zniechęcił do siebie wszystkich,

że jakakolwiek idea, której byłby autorem z góry skazana była na porażkę. Dlatego ze wspomnianym pomysłem elekcji vivente rege nie wystąpił oficjalnie sam, ale zostawił to żonie udając, że nie ma z tym nic wspólnego i za nic nie biorąc odpowiedzialności.

Ludwika Maria z etyką miała niewiele wspólnego, może nie znała nawet tego słowa, bo do pracy przystąpiła w sposób, który zbulwersował nawet przywykłych do dbania o własny interes polskich magnatów.

Zamierzała mianowicie po prostu… kupić zwolenników, a to stanowiskami, a to dochodami z królewszczyzn czy kopalinowych dzierżaw i czym tam się jeszcze dało.

Jej cyniczna postawa wstrząsnęła krajem na tyle, że w stronnictwie dworskim pozostali jedynie ludzie, których los zależał od decyzji królewskich, karierowicze i ludzie „dobijający się swego”, jak np. Stefan Czarniecki, wbrew legendzie średnio utalentowany wojskowy, za to dokładnie wiedzący na czym polega jego osobisty interes.

Te kroki królowa podjęła – przypominam – w sytuacji trwającej wojny, kiedy groził bunt od lat nieopłacanego wojska (zaległości dochodziły do 80 milionów), kiedy nie wiadomo było, w która stronę obróci się sytuacja na Ukrainie, gdzie gwarantem spokoju dla Polski był jedynie chan tatarski itd.

 

Moment wybrany kiepsko? Mało powiedziane.

Kraj podzielił się z grubsza na dwie części – zwolenników partii dworskiej i jej przeciwników. W sytuacji wojennej nic głupszego nie dało się zrobić. Kryzys w tej części Europy nie pokazał jeszcze do czego ostatecznie prowadzi, a tu taki szpas. Na co mogła w takiej sytuacji liczyć podzielona wewnętrznie Rzeczpospolita?

Wartość pieniądza leciała na łeb, co też było jednym z królewskich pomysłów na wypłacalność, w użycie weszły boratynki i słynne tynfy, oszukańcze pieniądze z znanym monogramem ICR – Ioannes Casimirus Rex – tłumaczone powszechnie jako Initium Calamitatis Regni – początek zagłady królestwa, wrogowie dostali czas na umocnienie się, ale dla dworu ważny był jego własny cel.

Kiedy nie udało się przekupić Lubomirskiego podjęto wobec niego kroki mające go zdyskredytować. Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie miało wpływu na losy toczącej się właśnie wojny.

 

Wbrew wersji sienkiewiczowskiej, to Lubomirski miał opinię dobrego wodza

i to on był przewidziany do rajdu na Moskwę, który miał ostatecznie rozbić carskie wojska i uzyskać pokój na korzystnych dla Polski warunkach.

Ni z tego ni z owego Lubomirski zostaje odwołany z misji, sam rajd idzie w odstawkę, a o hetmanie zaczynają krążyć fabrykowane przez królową plotki o współpracy z obcymi państwami, o działaniach na szkodę kraju itd. Też to znamy.

Ostatecznie doprowadzono do tego, że sąd sejmowy skazał Lubomirskiego na utratę czci, stanowisk i banicję. Wyrok, a i same zarzuty były tak kuriozalne, że wywołały oburzenie nawet wśród stronników królewskich, m.in. Jana Sobieskiego.

Donosy i denuncjacje kosztowały życie wielu ludzi i to akurat tych, którzy byli wtedy Polsce bardzo potrzebni. Rozstrzelani zostali z polecenia królewskiego i Wyhowski i Bohun i inni pod zarzutem, w który trudno uwierzyć komuś zachowującemu odrobinę zdrowego rozsądku. Donosy przyszły ze środowiska dawnych czarnieczczyków, co spowodowało powstanie spekulacji, że to prywatna zemsta hetmana na człowieku, z którym nigdy nie udało mu się wygrać w polu.

 

Coś się zaczęło sypać w Rzeczpospolitej.

Kiedy w 1664 roku na czele 800 ludzi wrócił do kraju banita Lubomirski połowa wojska koronnego natychmiast skupiła się wokół niego, mimo że nie wydał żadnych wezwań ani manifestów. To świadczy o stanie umysłów.

Po zwycięstwie pod Mątwami, jako się rzekło, wyjechał z kraju odebrawszy od króla przyrzeczenie wycofania się z pomysłu elekcji vivente rege.

Pokazał, że nie walczył (i to jak skutecznie!) o swoje prywatne interesy, lecz o coś zdecydowanie większego i poważniejszego.

Dlaczego historiografia uznała go za „warchoła”? Cóż, nie jego jednego.

 

Lubomirski dotrzymał słowa, a król?

Na początku 1665 roku przebywał w Warszawie szwedzki generał Wrangel z niedawnej wrogiej armii i spędzał długie godziny na konferowaniu z parą królewską. Na jaki temat?

Temat był wyjątkowy – przygotowanie do siłowej pacyfikacji opozycji przy pomocy wojska, nad którym komendę powierzyć zamierzano Czarnieckiemu.

Ten ostatni pomysł o tyle nie wypalił, że w lutym tegoż roku Stefan Czarniecki zmarł, ale zamiar próbowano realizować nadal.

No i teraz pytanie: kto tu był warchołem szkodzącym własnemu krajowi?

Kto widząc państwo już nie na krawędzi wojny domowej, ale wręcz po pierwszych starciach nie chciał „cofnąć się z raz obranej drogi”?

Potępiany przez politykę historyczną Lubomirski potrafił zachować się jak mąż stanu. Legalnie wybrany król jak opryszek nie ustający w dążeniu do własnego zysku koszem państwa, którym przyszło mu rządzić.

To Jan Kazimierz pokazał Europie jak należy traktować Rzeczpospolitą. Słowa Bogusława Radziwiłła z „Potopu”, że „Rzeczpospolita to postaw sukna…” jak ulał pasują do koronowanej, niestety, głowy.

Historiografia oskarża nieraz Lubomirskiego o działania na szkodę kraju, o blokowanie „reform” zamierzonych przez parę królewską. To prawda, bełkot o reformach nieraz wychodził z ust ostatniego Wazy. Tyle, że o konkretach jakoś mało słychać, natomiast podjęte w imię „reform” działania nie pozwalają na inne ich traktowanie niż jako dymnej zasłony i wzniosłego gadania, by zamącić w umysłach maluczkich.

 

Stary system, a wciąż skuteczny.

Prawda o stanie Rzeczpospolitej wyszła na jaw przy okazji elekcji Michała Wiśniowieckiego.

Jako kandydaci do polskiego tronu zgłosili się: Kondeusz, car Aleksy i jego syn Fiodor, książę d’Enghien, książę pruski, brat króla angielskiego, książę Modeny, książę Mantui, margrabia badeński, książę hanowerski, książę siedmiogrodzki, eks-królowa Szwecji, elektor bawarski, książę lotaryński, a nie jestem pewien czy wymieniłem wszystkich pozostających bez etatu europejskich wielmożów.

Wbrew pozorom, nie świadczyło to o jakiejś szczególnej atrakcyjności polskiego tronu. Odwrotnie – raczej o tym, że do władania Polską mógł kandydować każdy, nawet ten, który nie bardzo potrafiłby wskazać ją na mapie. Kompetencji od nikogo nie wymagano.

Legalnie wybrany król uruchomił tę machinę zachłanności i przedkładania interesu własnego nad ogólny. Sprowadził państwo do poziomu łupu wojennego, komory, którą trzeba okraść najszybciej jak się da, by nie ubiegli nas inni.

Ten, który chciał go zawrócić z groźnej dla kraju drogi na zawsze pozostał „warchołem”.

Tak bywa…

JERZY ŁUKASZEWSKI

Studio Opinii