Konik wrócił, mety czekają

Kto pamięta lata PRL, ten wie na czym polegała rola „konika”. To był taki gościu (z reguły członek większej grupy), który jako jeden z pierwszych wykupywał bilety na chodliwy film, zawody czy inną imprezę masową. I gdy zwykły Kowalski przychodził do kina, a tam w kasie biletowej wisiała kartka „biletów brak”, ów „konik” służył pomocą. – Dwa bileciki dla szanownego pana? Proszę bardzo. Tylko u mnie drożej, rozumie szanowny Pan, koszty własne….

Wydawać by się mogło, że to co związane z tamtą epoką na zawsze odeszło do historii. Okazuje się jednak, że nie. Oto „niewidzialna ręka rynku” znów dała znać o sobie. Z wielka pompą ogłoszono, iż już w sierpniu 2018 (!!!) pojawi się w Polsce Ed Sheeran. Jeden, jedyny koncert zaplanowany został na PGE Narodowy w Warszawie. Fani wokalisty, chcą kupić bilet, byli informowani, że sprzedaż rozpocznie się w sobotę o godzinie 11.00. Miejsce stojące na płycie miało kosztować 269 zł.

Na prośbę córki o godzinie 11.01 byłem na stronie agencji rozprowadzającej bilety. I cóż się okazało? Ano, że biletów została już tylko garstka a najtańsze są w cenie 699 zł. Kilka minut było jeszcze drożej.

image description

Po kilku godzinach agencja z dumą ogłosiła, iż wszystkie bilety zostały sprzedane w ciągu godziny, ale… DOGADALI SIĘ Z ARTYSTĄ i będzie drugi koncert. Nie od razu, dopiero późnym wieczorem wszedłem na ich stronę. A tu okazało się, że wymarzone przez córkę bilety są do kupienia bez najmniejszych problemów, w cenie właśnie 269 zł. Cud? Fani nagle przestali kochać Eda? Nie! Pośrednicy (czyli „koniki”) wykupili co mieli wykupić, więcej postanowili nie inwestować. Oczywiście te bilety, które tuż po 11 były oferowane po gigantycznie zawyżonych cenach, pewnie z czasem trafią na rynek z „normalną ceną”.

Zastanawia mnie, w jaki sposób dzisiejszy „konik” może kupić większy pakiet biletów w sytuacji, gdy jeden kupujący może nabyć maksymalnie 4 bilety? A także to, w jaki sposób można odsprzedawać bilety, które są wystawiane imiennie? W PRL była sprawne Milicja Obywatelska, bezwzględna i znienawidzona (szczególnie przez dzisiejszą władzę) Służba Bezpieczeństwa i co? I nic, konik jak był tak był. Aż do upadku PRL. Można zatem przypuszczać, że wszystkie służby podporządkowane Błaszczakowi czy Kamińskiemu też nie dadzą rady współczesnemu mutantowi KONIKA.

Jaka jeszcze „instytucja” czeka na reaktywację? Ano METY! Młodszym Czytelnikom znowu kilka słów przypomnienia. W latach słusznie minionych było to lokum, którego lokator pomagał spragnionym rodakom nabyć alkohol. Bo wiedzieć trzeba, iż ówczesna władza bardzo walczyła z plagą pijaństwa.

„Sztandarowym” projektem była ustawa, na mocy której sprzedaż napojów z najmniejszą nawet zawartością procentów dozwolona była od godziny 13. Ale to nie wszystko. Piwo dostępne było w nielicznych lokalach, w dodatku z reguły ciepłe… Trunki mocniejsze (a naród w takich wówczas głównie gustował) były „rzucane” do sklepów w sposób nieprzewidywalny. I tworzyły się wówczas gigantyczne kolejki. I zawsze, na początku każdej kolejki, stały osoby, które kupowały po kilka, kilkanaście (albo i więcej) butelek na raz. Codziennie, niektórzy nawet kilka razy dziennie.

Aż tak spragnione były? Nic z tych rzeczy. Po zrobieniu zakupów zaszywały się w domach, wypoczywając przed nocną pracą. Gdy handel detaliczny zamierał (z reguły o 19), wystarczyło pójść na METĘ i tam, bez problemów i ograniczeń, kupić po wyższej cenie upragnioną wódeczkę. W każdym mieście były też METY RUCHOME – w określonych miejscach (w Warszawie np. na Brzeskiej, na pl. Zbawiciela, w Alejach Jerozolimskich) wystarczyło cicho rzucić „flaszkę potrzebuję” a już był przy nas ktoś, kto miał do zaoferowania „żytko”.

Czy METY wrócą? Na pewno! Kiedy? Niedługo, gdy tylko miłościwie panująca nam władza zamknie sklepy w niedzielę, zabroni sprzedaży alkoholu na stacjach benzynowych i drastycznie ograniczy sieć sklepów oferujących rozmaite trunki.

Jak widać, PRL Pis z wolna opanowuje każdą dziedzinę życia. Jeszcze trochę, a w wyborach frekwencja wynosić będzie 99,9 proc a głosujących „za” (wiadomo za kim, za czym…) będzie przytłaczająca większość. Może nawet ponad 100 procent? Może wróci, dla mniej zamożnych, Fundusz Wczasów Pracowniczy, takie Wczasy+? Bliskie są też kontrole graniczne (a może i wizy?) – oddalamy się wszak od Unii w zastraszającym tempie. Zapisy, kartki, talony? Też mają szansę na reaktywację.

Ale jedna rzecz nie wróci, o to jestem dziwnie spokojny. Myślę o dostępności do medycznych specjalistów. W tej dziedzinie ostro i zdecydowanie idziemy do przodu. Za PRL na wizytę u specjalisty czekało się kilka dni, po zmianie ustrojowej, kilka miesięcy. Dzisiaj – kilkanaście, kilkadziesiąt!

MIKOŁAJ MORUS

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *