I co teraz? Francja po wyborczych rekordach

Wystarczyły cztery niedziele i Francja pobiła kilka krajowych rekordów, które ustanawiają państwa, a raczej ich obywatele podczas wyborów. Najpierw wybrali sobie najmłodszego prezydenta.

Został nim polityk, który – gdy zaczynała się kampania wyborcza – w ogóle nie był wymieniany nawet wśród tych, którzy mogą odegrać w nich jakąś rolę. A to, że Macron wygrał wyścig do Pałacu Elizejskiego, pojawiając się w zasadzie znikąd, to także swoisty rekord tych wyborów.

Podobnie jak i to, że w trakcie kampanii wyborczej kandydaci tasowali się niczym talia kart, to przybierając postać figury, to blotki, to pretendując do roli atu w rozgrywce, a kończąc – i to znacznie częściej – jako typowa brydżowa zrzutka. Rekordem było i to, że ustępujący prezydent, Francois Hollande, w ogóle zrezygnował z ubiegania się o reelekcję, mając świadomość swej wyjątkowej niepopularności.

Pozostając przy brydżowej terminologii, to francuskie wybory widzę następująco. W kolejnych sondażach, które potraktujemy jako kolejne rozdania, widać było, że Macron ma coraz silniejszą kartę. W finale pierwszej tury, czyli w rozdaniu „na” partię, okazała się ona na tyle silna, że zmiótł kontrkandydatów i „na” robra wystarczyło mu już tylko jedno rozdanie. Ale ten swoisty turniej składał się z dwóch rund. Ta drugą były wybory do Zgromadzenia Narodowego…

Po wyborach prezydenckich nie było nikogo, kto by wątpił w końcowy sukces ekipy Le Republique en Marche (LERM), czyli ugrupowania założonego przez Macrona ledwie rok przed wyborami (to też jeden z rekordów…). Zastanawiano się jedynie nad skalą tego zwycięstwa.

 

Pierwsza tura

wskazywała na możliwość „pobicia” kilku innych rekordów. Ponieważ w wyborach do francuskiego Zgromadzenia Narodowego obowiązuje większościowa ordynacja wyborcza, to po pierwszej turze wnioskowano, że partia Macrona nie tylko może, ale że zdobędzie nawet 440-470 mandatów w liczącej 577 miejsc izbie niższej. Myślę, że mocno tutaj przesadzono, bo w tej pierwszej turze udało się rozstrzygnąć jedynie wybór 4 (!) deputowanych (uzyskali ponad 50 proc. ważnych głosów) i nie zdobyli ich bynajmniej kandydaci LERM.

Te oczekiwania jednak się nie spełniły, a przewidywania się nie sprawdziły. Co prawda sukces „maszerujących” Macrona jest oczywisty, bo zdobyli 308 mandatów, co daje im bezpieczną większość w Zgromadzeniu, ale rozbudzone apetyty były znacznie większe. I te 308 mandatów to też jest rekord, bo jeszcze nigdy nie zdarzyło się, że partia istniejąca od roku, którą do życia powołał „człowiek znikąd”, jak mówiono o Macronie, obejmie pełnię władzy w V Republice.

Rekordem jest też to, że 3/4 mandatów w Zgromadzeniu Narodowym zdobyli zupełnie nowi ludzie, którzy do tej pory z polityką na płaszczyźnie ogólnopaństwowej nie miało do czynienia. To, że spośród 577 deputowanych 223 mandaty zdobyły kobiety, jest tez rekordem tych wyborów. Rekordowa była też liczba tych polityków, którzy woleli nie startować w tych wyborach w obawie przed sromotna porażką (np. Nicolas Sarkozy) i woleli pozostać na fotelach merów miast (np. Alain Juppe), bo zgodnie z nowymi przepisami od tej kadencji mer nie mógł być jednocześnie deputowanym, a deputowany ubiegać się o merostwo bez zrzeczenia się mandatu.

Innym rekordem był też rezultat osiągnięty przez rządzących do tej pory socjalistów. Z 280 mandatów w poprzednim Zgromadzeniu udało im się utrzymać zaledwie 29, czyli 10 proc. z ułamkiem…To prawdziwa katastrofa. Rekordowa! To wręcz policzek wymierzony socjalistom przez wyborców. Nic też dziwnego, że stojący na ich czele od 2014 roku, Jean-Christophe Cambadélis zapowiedział swoja rezygnację w minioną niedzielę, tuż po zamknięciu lokali wyborczych.

 

Wybory we Francji

były też rekordowe dla skrajnie prawicowego Frontu Narodowego, który swoją reprezentację w Zgromadzeniu Narodowym zwiększył aż o… 400 proc., z 2 do 8 deputowanych. Jedną z nich została, stojąca na jego czele, Marine Le Pen. I to jest tym większy sukces, że przed drugą turą w zasadzie nie dawano kandydatom spod sztandaru FN szans na zdobycie mandatu, no, może miało im się udać zdobyć jeden, właśnie przez Marine Le Pen. Pamiętamy, że przed miesiącem, w II turze wyborów prezydenckich zdobyła 40 proc głosów, wyraźnie przegrywając z Macronem. Nie przełożyło się to na podobne poparcie w wyborach do zgromadzenia narodowego, ale cóż, Marine Le Pen jest tylko jedna… Aby zasiąść w Zgromadzeniu Narodowym będzie musiała złożyć mandat do Parlamentu Europejskiego.

W tym kontekście jeszcze dziwaczniej jawi się niedawna eskapada PiSowskiej wierchuszki do Brukseli, aby bukietami kwiatów witać tam panią Le Pen po jej starcie w wyborach prezydenckich we Francji i przegranej w II turze tych wyborów z Macronem.

 

Rekordem jest

też zaledwie 113 mandatów zdobytych przez Republikanów. Od narodzin V Republiki, czyli od 1958 roku, to najmniejsza liczba deputowanych z ugrupowania będącego przedstawicielem coraz bardziej osuwającego się w historię ruchu gaullistowskiego. Co ciekawe, zarówno wybory prezydenckie, jak i te do Zgromadzenia Narodowego wykazały swoiste osuwanie się w historię samej instytucji wyborów, jako wypowiedzi społeczeństwa w kwestii wyboru władz.

Skąd ten wniosek? Ano stąd, że w kraju tak rozdyskutowanym jak Francja, gdzie „gadające głowy” nie schodzą z ekranów telewizorów, gdzie już po roku prezydentury Hollande’a widać było, że Francuzi tylko czekają, aby się go pozbyć, gdzie aż kipiało od okazywania swych manifestacji politycznych, nagle, gdy wystarczyło tylko przespacerować się do lokalu wybiorczego, to aby wybrać nowego prezydenta do urn pofatygowało się mniej niż połowa uprawnionych do głosowania, a w II turze wyborów do Zgromadzenia wręcz doszło do frekwencyjnej katastrofy. Do urn wybrało się ledwo, ledwo nieco ponad 40 proc. uprawnionych. To także kolejny rekord tych wyborów.

 

I CO TERAZ?

Co wynika dla Francji z tej listy rekordów?

Po pierwsze – całkowita zmiana układu politycznego.

Po drugie – mimo frekwencyjnego blamażu, Francja wychodzi z tych wyborów wzmocniona.

Po trzecie – proeuropejskie przekonania Macrona dają Unii Europejskiej solidne wsparcie i to w sytuacji jej zachwiania się po Brexicie.

Po czwarte – można przypuszczać, że ta nowa Francja wzmocni Europę w oczach Waszyngtonu, a przede wszystkim prezydenta Trumpa.

Po piąte – falę strajków i manifestacji antyrządowych. Bowiem silna władza centralna (prezydent, rząd, Zgromadzenie Narodowe, w którym możliwa jest większość konstytucyjna) może zabrać się za realizację programu wyborczego, a to znaczy np. zdecydowane działania zmierzające do ograniczenia praw związkowych. A związkowcy bez walki i to zażartej tych praw nie dadzą sobie ograniczyć.

Po szóste – …

Można by mnożyć konsekwencje tych wyborów, ale czy jest sens? Chiński mędrzec na każde stwierdzenie, że teraz to, a to się wydarzy zwykł komentować jednym słowem: zobaczymy… Ten jego komentarz całe wieki później inna kultur zamieniła na gorzkawe powiedzenie, że „po owocach je poznacie…”

Tak więc, zobaczymy i po owocach ich poznamy. My, jak my, ale Francuzi na pewno…

MAREK J. ZALEWSKI