I co teraz? Przegrane wygrane wybory

A może raczej WYGRANE PRZEGRANE WYBORY? Choć w zasadzie to bez znaczenia, ale jednak warto zastanowić się, dlaczego zarówno przegrane, jak i wygrane, albo wygrane, ale przegrane te wybory…

Tuż po zamknięciu lokali wyborczych sondaż exit poll pokazał, że konserwatyści wygrali te wybory, bo zyskali największą liczbę miejsc w brytyjskim Parlamencie… Hola, hola… Ktoś może mi zarzucić, że zajmuję się sondażem, gdy znane są już wyniki oficjalne. Ale proszę dać mi szansę. Proszę – mimo wszystko – nie zniechęcać się i czytać dalej, a stanie się jasne, dlaczego „podpieram się” exit pollem…

Bo ten sam sondaż pokazał, że ci sami konserwatyści przegrali! Ale nie same wybory. W ich wyniku przegrali to, co stanowiło do tej pory o ich pozycji. Utracili bowiem dotychczasową większość w Parlamencie, w którym zajmowali 331 spośród 650 miejsc.

Te same sondażowe wyniki pokazały też, że labourzyści, ich główni konkurenci, powiększyli swój stan posiadania o dwa razy tyle mandatów ile utracili konserwatyści (34 do 17). Co prawda ostateczne wyniki poprawiły ten stosunek na korzyść konserwatystów, bo zdobyli 318 mandatów, tracąc 13 w stosunku do wyborów z 2015 roku, a labourzyści swój dotychczasowy stan posiadania poprawili „zaledwie” o 29 mandatów, ale była to niezwykle istotna zmiana.

Dlaczego? Ano dlatego, że gdyby ostateczne wyniki potwierdziły wskazania wspomnianego exit poll, to konserwatyści znaleźliby się w nie lada kłopocie, gdyż ich ewentualny rząd mniejszościowy musiałby liczyć na wsparcie więcej niż jednej z pozostałych partii, które weszły do parlamentu. A to stawiałoby każdego szefa rządu w sytuacji, w której musiałby on brać pod uwagę to, że każdy dzień głosowań w Parlamencie może być ostatnim dniem jego rządów.

Theresa May uniknęła tego koszmaru, ale tylko w części. W swoim okręgu wyborczym odnowiła mandat, a królowa ponownie powierzyła jej misję utworzenia rządu, bo stojącej na jej czele Partii Konserwatywnej udało się uzyskać najwięcej mandatów w Parlamencie. Znaczy, zwycięstwo? Na pierwszy rzut oka, tak, zwycięstwo, ale… Ale – jak mówiła ona sama wybory rozpisując, i co powtarzali komentatorzy – ona chciała uzyskać w tych wyborach coś znacznie ważniejszego.

Chciała uzyskać swój mandat do bycia premierem, bo pamiętajmy, że została nim po rezygnacji z szefowania partii i rządowi Jamesa Camerona po przegranym przez rząd referendum sprawie Brexitu. To po pierwsze. A po drugie, sondaże wskazywały, że jej konserwatyści mają 40-procentowe poparcie w stosunku do 20-procentowego poparcia dla Partii Pracy, Jeremy’ego Corbyna.

Ale czy to były faktyczne motywy, którymi kierował się Theresa May, wzywając Brytyjczyków do urn? Moim zdaniem nie. Uważam, że – opierając się na sondażach – chciała przede wszystkim odnowienia mandatu konserwatystów i swojego premierowania na pełną, czteroletnią kadencję przed 19 czerwca, czyli przed rozpoczęciem negocjacji z Brukselą w kwestii Brexitu.

Negocjacje mają potrwać dwa lata, a więc – gdyby nie obecne wybory – zwyczajowy termin nowej elekcji wypadłby w zasadzie w czasie ostatecznego zamykania przez Londyn za sobą drzwi Unii Europejskiej. A przecież nikt nie wie, czym owe negocjacje się zakończą. Jaką pozycję uda się Londynowi wynegocjować? Co w ciągu tych dwóch lat wydarzy się w gospodarce przede wszystkim Wielkiej Brytanii? Jak na ewentualne zmiany zareagują Brytyjczycy?

Na te pytania nikt dzisiaj nie odpowie, ale sądzę, że Theresa May nie jest do końca przekonana o korzystnym dla Wielkiej Brytanii układzie gwiazd. Gwiazd, bo tylko z nich można dzisiaj wróżyć, co wydarzy się li tylko na linii Londyn – Bruksela i jak na to zareagowaliby wyborcy. A zatem Theresa May, rozpisując wybory chciała przede wszystkim zyskać na czasie.

Poza tym – jestem pewien –na podstawie sondaży uznała, że to optymalny czas na tego rodzaju posunięcie, a może – co owe sondaże wskazywały – udałoby się nawet wzmocnić swą bezwzględną większość w Izbie Gmin i zdobyć więcej aniżeli dotychczasowych 331 miejsc.

O ile jednak pierwsze założenie (cała kadencja), było racjonalne o tyle drugie (powiększenie stanu posiadania) było dość naiwne, zważywszy że sytuacja była bardzo dynamiczna, co potwierdziły wszystkie sondaże przeprowadzane od czasu rozpisania wyborów do dnia ich przeprowadzenia. Bo okazało się, że Partia Pracy, jakby wkroczyła na wznoszącą swej popularności i niemal z dnia na dzień, z sondażu na sondaż zmniejszała dystans do konserwatystów. Potwierdziły to wyniki nie tyle samych wyborów, co głosowania. Okazało się, że po zliczeniu wszystkich głosów labourzyści, którzy uzyskali 41proc. głosów byli raptem o 2 proc. gorsi od konserwatystów! Oto, co zostało z 40 procentowej ich sondażowej przewagi sprzed niespełna dwóch miesięcy!

Theresa May odnowiła mandat na pełną kadencję, ale po ogłoszeniu wyników wyborów mamy do czynienia z pewnym paradoksem (dlatego polityka bywa fascynująca!). Bo mandat, co prawda odnowiony, ale przed wyborami przy 331 mandatach miała komfortową sytuację na pozycji rządzącej większości, choć tylko na dwa lata.

W wyborach liczyła pewnie co najmniej na jej utrzymanie. A tymczasem, choć wybory wygrane, najwięcej mandatów zdobytych, to jednak teraz rząd pani May jest rządem mniejszościowym i jako taki ma mocno osłabioną pozycję z uwagi na konieczność poszukiwania wsparcia. A nim – jak wszystko na to wskazuje – może być, o paradoksie, 10 mandatów unionistów z Irlandii Płn.

I CO TERAZ?

Czy w sytuacji, gdy Theresa May będzie stała na czele rządu mniejszościowego, gdy jego los będzie zależał od kaprysów północnoirlandzkiej DUP, gdy za 10 dni trzeba będzie siąść do stołu w Brukseli i „gryźć ziemię” w sprawie Brexitu było warto rozpisywać wybory i tracić pewne dwa lata, na rzecz bardzo niepewnych czterech? Może już wkrótce te pytania okazą się bezprzedmiotowe. Wszak, już w dzień po wyborach mówi się, że nowych można spodziewać się na jesieni… W każdym razie, będzie się działo…

MAREK J. ZALEWSKI