Abonamentowe dylematy: Płacić… nie płacić…

W końcu w czymś jesteśmy pierwsi w Europie. Przynajmniej tak przekonują nas głosiciele jedynej słusznej prawdy z Woronicza. Chodzi oczywiście o abonament radiowo-telewizyjny a właściwie jego niepłacenie.

Przyznam się, że nie płacę, bo nie mam odbiorników radiowego ani telewizyjnego. Ustawodawca przejmując przepisy o abonamencie po państwie PRL-u nie uwzględnił zmieniających się okoliczności.

Abonament płaciło się jeszcze za Gierka i Jaruzelskiego. Płaciło się nawet wcześniej. Ale wtedy był to podatek od luksusu. A tym luksusem był odbiornik telewizyjny. Radiowy mniej, bo szczekaczki wisiały w każdym zakładzie pracy i prawie w każdej wiosce. Wiadomo, propaganda musi mieć odpowiedni zasięg.

System się zmienił, państwo się zmieniło, telewizja i radio się zmieniły z państwowych na spółki prawa handlowego, ale haracz za odbiorniki pozostał.

Nie za możliwość korzystania z cudów wymyślanych przez narodowych już teraz twórców radiowo-telewizyjnych, nie za możliwość obejrzenia jednego czy drugiego coraz bardziej ogłupiającego serialu, nie za możliwość wysłuchania kolejnego politycznego ble-ble. Ale za sam fakt zakupu. I choćby miałby to być tylko mebel w salonie, to co miesiąc płacić musisz za niego szczególny podatek.

Musi to robić nawet ambasador San Escobar, który słowa po polsku nie rozumie, ale za to uwielbia oglądać produkcje telewizje ze swojej ojczyzny. Musi to robić nawet stypendysta z Fidżi, przez pół roku będzie w naszym kraju analizował strategię Wojsk Obrony Terytorialnej. Bo tak stanowi ustawa.

Tzw. opłata abonamentowa przekazywany jest publicznym telewizji i radiu. Oficjalnie próbuje się nas przekonać, że pieniądze te służą realizacji tzw. misji mediów publicznych. Ze świecą jej jednak szukać. Chyba że za takową uznamy sześciokrotną emisję filmu prezesa o „nocy długich języków”, które pozbawiły premiera Olszewskiego sławy i zaszczytów.

Oczywiście na upartego znajdziemy. O 1.25 w nocy. Albo o 11.45 w ciągu dnia, kiedy przeważająca część ludzi mogących z tej oferty skorzystać spędza czas w pracy lub szkołach różnego szczebla. Ze szkołą jakoś pół biedy; pomysłowy nauczyciel (albo leniwy według innych) mógłby może i dzieciakom telewizor włączyć nawet na lekcji, w ten sposób ją urozmaicając. Ale program nauczania to wyklucza, trzeba zasuwać z kolejnymi tematami, a nie gapić się w „szklane okienko”.

Zastanawiam się od dłuższego czasu, jak to możliwe, że telewizje komercyjne (radio to temat zupełnie inny) mogą funkcjonować czasem całkiem nawet dobrze (chodzi mi o ofertę programową, a nie finanse) bez tych obowiązkowych pieniędzy na tzw. misję. Jak im się to udaje? Może kolejni prezesi TVP powinni najpierw obowiązkowo odbębniać praktykę w stacjach prywatnych? Wyłom już był; były dyrektor publicznej telewizyjnej Jedynki przez lata terminował w tvn…

Prawie 30 lat temu komuna upadła (nota bene, pierwsza poinformowała o tym telewizja publiczna – sic!), ale mentalność kolejnych włodarzy z Woronicza nie drgnęła nawet o cal. Nadal produkują umysłowe siano i nadal domagają się, abyśmy my, społeczeństwo, za to płacili. Bez żadnej kontroli, bez żadnego wpływu.

Właśnie tak odbieram ten społeczny protest niepłacenia abonamentu. Nie z biedy, nie z lenistwa, ale właśnie jako sprzeciw przeciwko intelektualnej i propagandowej sieczce. Telewizje prywatne w tym się wyspecjalizowały, ale one nie sięgają do naszych kieszeni, nie wymagają, aby za to „dzieło” płacić.

65 proc. Polaków nie płaci abonamentu, tzn. nie płaci dodatkowego podatku za sam fakt posiadania telewizora. Za wzór stawia nam się innych; Anglików (co dwudziesty z ułamkiem na stu widzów nie płaci), Czechów (co dwudziesty na stu), Austriaków (co dwudziesty piąty na stu), Niemców (co pięćdziesiąty na stu). My ze swoimi trzydziestoma kawałkiem płacącymi na stu posiadaczy wyglądamy marniutko. Problem tylko, za co płacą inni. Problem o tyle nietrudny do rozwiązania, że sprawdzić bardzo łatwo.

Weźmy Anglików. Abonament niby powinien płacić każdy, kto posiada odbiornik umożliwiający odbiór programu. Można jednak posiadać i nie płacić, bo tamtejszy ustawodawca nie przeżył komuny i wie, że telewizor służy również innym celom. Nie musi więc płacić ten, kto wykorzystuje telewizor wyłącznie jako dodatek do odtwarzacza kaset video lub płyt DVD. Ale jeżeli już ma płacić, to ma wybór.

Polega on przede wszystkim na tym, że zależnie od ceny limituje się dostęp do kolejnych kanałów telewizyjnych (radiowych również). Korzystający z tzw. pakietów różnych operatorów telewizyjnych wiedzą doskonale, o co chodzi. Płacisz mniej, masz dostęp np. do 20 kanałów, więcej, więcej kanałów.

Telewizja publiczna też mogłaby wprowadzić ten system. Chcesz oglądać Jedynkę i Dwójkę, płacisz tyle, chcesz dodatkowe kanały publiczne, tematyczne i inne płacisz dodatkowo. Tylko, że mogłoby się okazać, że tych chętnych jest bardzo mało, za mało, a może nawet jeszcze mniej niż do tej pory sumiennie płacących abonament, z przyzwyczajenia, a może czasem z głupoty.

I na koniec zupełnie inna kwestia. Żaden abonament, nawet płacony przez ponad 100 proc. społeczeństwa nie zmieni mentalności polityków oraz ludzi mediów publicznych. Totalną ułudą jest myślenie, że kiedy kasę telewizji publicznej zasilą nasze pieniądze, cokolwiek w jej ofercie programowej zmieni. Zmieni się co najwyżej wysokość premii i nagród wypłacanych najwierniejszym i najbardziej zasłużonym w zaśmiecaniu naszych umysłów.

Wiedzą o tym doskonale ci już nieliczni ludzie tyrający za Woronicza, którym niemal codziennie staje włos na głowie, kiedy widzą z jakimi nowymi pomysłami mają do czynienia…

JORDAN WERŁA