Trumny niezgody i hańby

Współczuję bardzo generałowym, które dowiadują się, że prócz zwłok ich mężów w trumnach znajdowały się jeszcze szczątki innych osób. To ich osobista tragedia. Niewyobrażalna. Większą mogłaby być tylko ta, kiedy okazałoby się, że w grobach leżą inni ludzie, albo w ogóle byłyby one puste.

Tak przy okazji można zastanawiać się, co zostaje z człowieka, który poniósł śmierć w wyniku takiej katastrofy, z jaką mieliśmy do czynienia w Smoleńsku. Ciała były, w zdecydowanej większości, rozczłonkowane. Tak po prawdzie było to wielkie nagrodzenie fragmentów ludzkich ciał.

Było ogromne ciśnienie społeczne i polityczne, aby ciała ofiar trafiły jak najszybciej do kraju. Ale trzeba było przede wszystkim je zidentyfikować. Jak w przypadku każdej tego rodzaju katastrofy, badano przede wszystkim większe fragmenty. Badano i identyfikowano. I te większe fragmenty najpierw trafiały do trumien.

Nie usprawiedliwiam wcale lekarzy-patologów, którzy tym się zajmowali. Ale, na zdrowy rozsądek, gdyby mieli zidentyfikować każdy znaleziony fragment ludzkiego, to trumny z ofiarami mogłyby trafić do kraju po kilku lub nawet kilkunastu miesiącach. Ciekawe, co wtedy by się działo w kraju?

Po największej pod względem ofiar katastrofie lotniczej w Polsce (9.05 1987 r. w lesie Kabackim) tragicznie zmarłych pasażerów pochowano we wspólnej mogile na Cmentarzu Komunalnym Północnym w Warszawie.

Tylko ciała niektórych ofiar – tych, które udało się zidentyfikować – zostały zgodnie z wolą rodzin pochowane w miejscach wskazanych przez najbliższych, najczęściej na cmentarzach w rodzinnych miejscowościach.

W innej katastrofie, na warszawskim Okęciu (14.0 1980 r.) zginęło m.in. 22 Amerykanów: 14 pięściarzy i 8 członków ekipy. W Polsce upamiętnia ich pomnik stojący obecnie przy Centrum Olimpijskim. Ciała wróciły do kraju.

Wyobraźmy sobie, że któraś z tamtejszych rodzin zażądała ekshumacji celem potwierdzenia autentyczność zwłok. Nie, nie mają tego w naturze. Najczęściej bowiem trumny ze zwłokami po takich tragediach, są tam (i nie tylko tam) traktowane symbolicznie. Zwłaszcza przy ówczesnym stanie technologii mogącej jednoznacznie potwierdzić tożsamość ofiar.

Nie wiem, z iloma fragmentami ciał ofiar katastrofy smoleńskiej mieli do czynienia rosyjscy patolodzy. Nie wiem jaki był udział w tej pracy specjaliści w Polsce. Z jednej strony ogrom pracy, z drugiej – nacisk władz moskiewskich i polskich oraz polskiego społeczeństwa, aby ciała te jak najszybciej wróciły do kraju.

W Rosji dokonano fuszerki. Ciekawe jednak, co by się działo w kraju, gdyby zapadła jednak decyzja o ponownym otwarciu trumien i dokonaniu ponownej identyfikacji. Ile by to trwało? Nikt nie jest w stanie tego precyzyjnie określić. Miesiące? Może nawet lata? Bo trzeba byłoby przebadać każdy fragment, każdego ciała… I dopiero potem wydać ciała rodzinom…

Tragedią rodzin ofiar jest, kiedy dowiadują się, że w grobie pochowali inne zwłoki niż najbliższej osoby. Szokiem jest, kiedy dowiadujemy się, że w jednej trumnie są szczątki kilku osób. Ale co dalej?

Prócz oczywiście szukania odpowiedzi na pytanie, kto za to odpowiada, pozostaje kwestia zupełnie inna. Czy badać teraz te inne szczątki, identyfikować je i na koniec zwracać rodzinom, aby mogły je dołączyć do reszty ciała?

To dopiero początek wielkiej paranoi. Bo przecież skoro patolodzy znaleźli w jednej trumnie szczątki kilku osób, to co z nimi zrobić. Fundować rodzinom kolejną traumę, żądać materiałów do określenia DNA, badać i w razie potwierdzenia tożsamości zwracać najbliższym. Aonii mają podjąć decyzję o ponownym otwarciu trumny i ich dołożeniu?

Zdaje się, że tragedia smoleńska długo jeszcze będzie kładła się cieniem na naszym życiu…

JOLANTA WAZIK