Kadry decydują

Jeśli kadry decydują o wszystkim, to być może kadrowa szarża PiS-u na wszystkie stanowiska zadecyduje o przyszłości miłościwie panującej nam partii. Bo przecież wielki apetyt na władzę, zaszczyty i pieniądze był celem napędzającym walkę wyborczą. Uwieńczonym zresztą wielkim zwycięstwem.

Ale pazerność już niejednemu wychodziła bokiem. Do walki o władzę skutecznie zagrzewała zazdrość. Walczy się – mówiąc o ideałach, ale myśli się o konfiturach, a było czego zazdrościć. Liberalna orientacja nie dość, że trzymała władzę na wszystkich szczeblach, to, co gorsza, cieszyła się uznaniem w świecie, miała po swojej stronie wszystkie autorytety i „nazwiska” – w kulturze, w nauce, w polityce, w mediach.

O, właśnie w mediach – tego najbardziej nie dawało się ścierpieć. Z jakiej racji „oni” zawładnęli rządem dusz, ich się czyta, ich się cytuje, a przecież „my”, znaczy prawdziwie polskie media, lepiej prezentujemy narodową prawdę. No i wreszcie doczekali konfitur – otrzymują wszystkie ogłoszenia z firm państwowych, bo takich ogłoszeń firmy nie mają już prawa dawać mediom, które są nieżyczliwe PiS-owi. Niezależnie od tego, że słuchaczy czy czytelników opozycyjne media mają więcej.

Ale media to jest margines.

Prawdziwe konfitury są w gospodarce, tam jest się o co bić. I oto już zaczynają się objawy niestrawności wywołane z przekarmienia zwycięstwem. Na wierzch, do publiczności, mało plotek wypływa z biur czy zarządów. Za klapanie dziobem łatwo stracić posadę, jednak wszystkiego nie da się pod kocem trzymać. Bo trudno, na przykład, ukryć wpadki ministra spraw zagranicznych albo pierestrojkę, która się dokonała ostatnio w PZU, gdzie jednego swojego „fachowca” bez żadnej wpadki zamienia się na innego (też swojego) „fachowca”. Ponoć dlatego, że tamten był człowiekiem Ziobry, a nowy jest człowiekiem Morawieckiego.

I myślę, że żonglerka stanowiskami dopiero się zacznie. Po pierwsze za chwilę nie będzie już stanowisk z odzysku po PO i PSL – i trzeba będzie walczyć o posady, które wcześniej zostały obsadzone swoimi. A przecież w łonie „swoich” też są inne podziały personalne. Mimo dyscypliny partyjnej – plotki wychodzą na światło dzienne. Zresztą walka o władzę to sprawa ludzka – nikt nie lubi być frajerem, który nie potrafił się urządzić.

I taki czas właśnie nadchodzi.

Spotkałam niedawno znajomego profesora od zarządzania, który powiedział mi, że z niekłamanym podziwem patrzy jak „oni” radzą sobie z zarządzaniem. Pomyśl tylko – mówił – po wojnie, kiedy komuniści brali władzę a nie mieli swoich kadr fachowych, to w majątkach ziemskich zostawiali na parę lat obszarników w charakterze kierowników, w fabrykach dyrektorami na początku zostawali przedwojenni właściciele, a przynajmniej starzy fachowcy. Kiedy gospodarka się rozkręciła, fachowców wyrzucili, a nawet uwięzili, i dopiero wtedy mogli na te stołki sadzać swoich z nadania partyjnego.

A ci – mówił mój profesor – wyrzucają wszystkich fachowców, nawet najlepszych i sprawdzonych i rozdają karty takim, którzy nigdy nie grali w brydża, co najwyżej w durnia.

Na początku zwycięskiej szarży PiS-u wydawało nam się, że oni są jak monolit. Pisał w czasach zwycięskiego proletariatu poeta Leon Pasternak – „Jedność to siła, jedność to broń – proletariacka pięść zaciśnięta”.

Podziwialiśmy więc jaką jedność udaje im się utrzymać i wzorową dyscyplinę, jak w wojsku a nie jak zwykle w naszym rozwichrzonym narodzie.

Ale oto dają o sobie znać cechy ludzkie, czyli walka o stołki.

Zaprawione wprawdzie strachem, ale przecież opłaca się walczyć, do ciupy za to nie wsadzają, a zyskać można wiele.

Ostatnio miałam do czynienia z przypadkiem wyraźnie świadczącym o tym, jak w państwowej firmie utrzymuje się żelazną dyscyplinę. W lokalnej gazecie „Nasza Choszczówka”, którą redaguję razem z sąsiadami, napisałam tekst o naszej miejscowej filii poczty, lubianej tu powszechnie, w dodatku różni ją od zwykłej poczty to, że mieści się w małej chatce, która bardziej pasuje do bajki o Czerwonym Kapturku niż urzędu państwowego.

Żeby porozmawiać z panią Anią, którą znam tam najdłużej, musiałam najpierw zadzwonić do rzecznika Poczty Głównej, bo pani Ania powiedziała, że inaczej ust nie otworzy. Zadzwoniłam do pana rzecznika, zgody udzielił, prosił tylko, żeby przed drukiem mógł zerknąć na artykuł. Posłałam mu mailem i po dwóch dniach dostałam swój artykuł przerobiony na urzędowe pismo.

Były tam, owszem, przykłady zaczerpnięte z mojego artykułu, ale wyleciały wszystkie zdania, w których można by się dopatrzyć, nawet nie krytyki, bo tego ustrzegła się już pani Ania w rozmowie, ale wszystkiego co było ciekawe, np. próba rabunku parę lat temu.

A najgorsze i rzadko spotykane w moim wieloletnim życiorysie dziennikarskim nawet w czasach komuny, był kompletny brak pojęcia o tym, że artykuł różni się od przemówienia.

Nie przyjęłam do wiadomości uwag rzecznika, artykuł poszedł w mojej wersji. Mnie nic nie grozi, , mam nadzieję, że pani Ania nie będzie miała przykrości. Na razie.

AGNIESZKA WRÓBLEWSKA

Studio Opinii