Jak to dobrze, że naszymi mediami nikt nie steruje

Jak to dobrze, że w polskich, rdzennie polskich,  tytułach prasowych i stacjach telewizyjnych oraz radiowych nie dba się w ogóle o linię polityczną i czasem bywa ona jednoznacznie antyrządowa, antypisowska. Jak to dobrze, że redaktorzy naczelni i wydawcy nie otrzymują instrukcji od jakiegoś pana lub pani. Przynajmniej nie muszą teraz takim bzdurnym zarzutom zaprzeczać.

Normą przecież jest, że prawie w każdym numerze np. „Gazety Polskiej”, „wSieci”, w prawie każdym wydaniu „Wiadomości”, czy serwisie informacyjnym Programu I Polskiego Radia możemy znaleźć materiały, jak to miało być inaczej, a jest tak samo. Jak to nowa władza miała nie popełniać błędów poprzedników. Bo właśnie z jej nastaniem polskie media nareszcie mogą być polskie, obiektywne, bezkompromisowe, uczciwe i szczere.

Cieszyć się tylko należy, że nasze polskie media nie czerpią z najlepszych wzorców propagandy sukcesu, że patrzą władzy na ręce i punktują co złe, chwaląc zarazem co dobre. Jak to wspaniale, że czytelnicy, widzowie i słuchacze mają dostęp do rzetelnej i obiektywnej informacji.

Prosty przykład. Ledwie głowa państwa wspomina, że przydupas (oczywiście takie określenie można znaleźć w każdym polski, czy narodowym medium) jednego z ministrów powinien do pewnych spraw dojrzeć, a już następnego dnia (lub dwa dni później) dowiadujemy się, że spędzał urodziny w towarzystwie swojej lubej. Jak na nagłą miłość tak nagle odkrytą nikogo nie powinno dziwić, że na publikowanych zdjęciach nie obejmują się, nie przytulają, nie trzymają za ręce. Na tego rodzaju zachowania czas będzie po ślubie. Ciekawe, czy też wyłącznie medialnym…

Oczywiście prócz tych naprawdę polskich mediów mamy w naszym kraju również te niepolskie, tzn. należące do zachodnich koncernów, które poprzez swoich dziennikarzy-pracowników chcą wpływać na bieg wydarzeń w Polsce. Nie uda im się to!

Choćby dlatego, że ci nasi dziennikarze, z naszych mediów opanowali do perfekcji autocenzurę. Sami wiedza doskonale co im wolno, a czego nie wolno. I nie potrzebują żadnych nadzorców, którzy palcami będą im pokazywali, co, jak, co czym i dlaczego mają pisać, kręcić, emitować.

W wolnej już, niby wolnej, Polsce, kiedy zlikwidowano instytucję na Mysiej (cenzura), istniał jeden tytuł, który taką wprowadził, własną. Cenzorami byli… „ludzie spod budki z piwem” z wykształceniem maksimum podstawowym. Ich zadaniem było czytanie wszystkich tekstów i zakreślanie wyrażeń lub zwrotów dla nich niezrozumiałych. Autor musiał tekst poprawiać. Nie mógł np. użyć zwrotu erupcja wulkanu, ale wybuch wulkanu już przechodził. W ten sposób to polskie mediów kształtowało poziom intelektualny czytelników.

Obecnie w polskich mediach oczywiście nie ma cenzury. Każdy tekst napisany i dostarczony do redakcji, każdy skręcony, czy nagrany, materiał ma szansę na druk i emisję. I są drukowane, są emitowane. No może nie wszystkie. Ale zdecydowana większość na pewno. Zwłaszcza te krytyczne wobec nowej władzy.

Listy, dyrektywy, polecenia, nakazy – tego w polskich mediach na szczęście nie ma. Pracownicy sami doskonale wiedzą, co i jak mają opisywać i pokazywać. Innych przecież do pracy by nie przyjęli…

JAKUB WASACKI